Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opiłki drobne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opiłki drobne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 października 2015

Szukam Menża tak bardzo.

      Kochani, dawno nie relacjonowałam moich postępów w kwestii szukania menża. Poświęciłam się bowiem riserczowi w tym temacie i specjalnie w celach naukowych założyłam se konto na portalu randkowym, przy aprobacie Abuni, która rzekła "Zaprawdę powiadam Ci, będzie grubo". Azaliż stało się, jak powiedziała. Generalnie to założenie sobie takiego konta polecam serdecznie, jak ma się doła i chce się dowartościować. No, chyba że się akurat nie wygląda jak zwłoki, to wtedy nie trzeba... Takiego napływu śliniących się do moich fotek facetów dawno nie doświadczyłam i prawdę mówiąc to nie wiem, czy chciałam doświadczyć. 
 
       Pojawiły się różne odmiany mężczyzn wszelakich, cała menażeria o potencjale komicznym dziecka Abelarda Gizy i Johna Olivera (nie jest to ładne dziecko, ale nie o to chodzi...). Menażerię skrzętnie analizowałam i analizy zapisywałam w zeszyciku, zatytułowanym "Może Monż". (Fun fact - 90% menażerii podaje jako swoje życiowe motto "Carpe diem". Od razu nastawiam się na fantastyczną znajomość, jak ktoś carpe ten diem.) Oczywiście pierwsi zjawili się erotomani-gawędziarze, wylewający mi na klawiaturę swoje ubożuchne fantazje - jeśli seks w szpilkach to jest szczyt perwersji, to panowie zbyt wiele seksu raczej w życiu nie uprawiali. Albo to ja jestem mały, rudy zboczuszek, też możliwe. Nie wiem, mam zawsze wtedy ochotę zapytać "No dobra, seks w szpilkach - kto te szpilki, przepraszam, zakłada...?" Fantazje były napisane tak... poetyckim językiem, że owszę, wywołały u mję ekstatyczną gorączkę i przyspieszony oddech, jakkolwiek spowodowany palpitacją na tle kurwicowym; bynajmniej zaś nie perspektywą "zjednania naszych spoconych wiązadeł", cokolwiek to, nieprawdaż, znaczy. 

      Dostałam również od pana, który ze zdjęcia profilowego wygląda jak Gargamel na rencie - zapytanie o moje strefy erogenne. Subtelne zagranie, nie ma to tamto. (Ikonografię dowodową załączam.) Dostępnymi odpowiedziami były:
a) oczywiste części ciała
b) również oczywiste części ciała
c) jeszcze bardziej oczywiste części ciała
d) jedna oczywista i dwie dość kościste części ciała
oraz (werble)
e) bicz i lateksowe wdzianko.
Hmmm. HMMM. Nie wiem, w sumie to dawno nie ruchałam, więc może zapomniałam o co cho, ale jak dla mnie to zestaw możliwych odpowiedzi bardziej przypomina te zagadki dla dzieci, gdzie Jasio ma narysowany młotek, śrubokręt, kombinerki i marynowanego śledzia i musi wskazać, co tu nie pasuje. Chyba że dzieją się jakieś rzeczy niesłychane w najnowszych rozdziałach chirurgii plastycznej i wszczepiają już ludziom bicze i lateksowe wdzianka. Bo jak tak, to rozumiem. Podejrzewam, że Gargamel nie pisał tego pytania sam, tylko skorzystał z wbudowanych w portal funkcji, co chyba tylko pogarsza całą sytuację. 


       Otrzymałam także propozycje trójkąta, ale tylko dwie, więc jestem wyjątkowo zawiedziona i rozmyślam złożenie reklamacji do adminów. Mam również niezwykłe powodzenie wśród panów w wieku +50 lat, zupełnie nie zrażonych dwoma dekadami różnicy i składających mi propozycje o szerokim wachlarzu zastosowań. Rozważanie tych propozycji (które są zwykle prośbami o spotkanie sformułowanymi na najróżniejsze sposoby - zaczynając od boleśnie grafomańskich poematów o moich oczach, kończąc na opisie zmysłowych spotkań na jego jachcie/cadillacu/prywatnym jecie), uniemożliwia mi nieustanne rozmyślanie o tym, o ile ten facet jest starszy od mojego własnego ojca. Oczywiście, wiek nie ma znaczenia, liczy się tylko miłość i sialala, ale jakoś tak mam niejasne poczucie takiego nieokreślonego "fuj". Pewnie to dlatego, że jestem płytka. Cusz. 

       Ponadto, w opisie wymarzonego partnera, nieopatrznie napisałam, że facet nie musi być zniewalająco przystojny (oraz bardzo wyraźnie zaznaczyłam, że MUSI być przy tym interesujący i niegłupi). To teraz mam za swoje, bo każdy przygłup, który wygląda tylko trochę lepiej od niedokładnie ogolonej małpy się zgłasza z jakże wiele mówiącym "Czecs". Kto zgadnie z jakiej to gwary, dostaje ciastko z kremę. Mam wielką ochotę robić kontrolce-kontrofał "Nie musisz wyglądać jak młody Marlon Brando (ach!), ale to przy założeniu, że potrafisz samodzielnie napisać zdanie współrzędnie złożone, nie ślinisz się z wysiłku przy sznurowaniu butów i nie należysz do partii Korwina. Albo chociaż miej na tyle przyzwoitości, żeby być przystojnym, przecież na coś muszę polecieć".

       A oprócz tego, to może ze trzech sensownych facetów napisało, z tym, że jeden chce się zaraz-teraz spotkać, na tzw. "gwałt" (HE HE), a drugi chyba myśli, że to ja go będę podrywać, bardzo to urocze. Moje poczucie własnej wartości wprawdzie troszkę podskoczyło - bo już zaczęłam podejrzewać, że z moją urokliwie trupią cerą powinnam po prostu zacząć szukać menża tam, gdzie takie atrakcje są mile widziane i nie wywołują reakcji typu "Jezu, to żyje!". Czyli w prosektoriach i w Kółku Nekrofilów Miejskich, gdzie będę robić furorę jako "Madame Cadavre - żyje, chociaż nie widać". A tu się okazuje, że nie tylko. 

        Słowem, moje drogie poszukiwatorki i poszukiwatorzy menżów (oraz wcale nie) - dzieje się i ufam, że będzie działo się bardziej, gdyż zeszycik analizatorski "Może Monż" już puchnie w szwach. Mam nadzieję, że wlałam w Wasze serduszka otuchę oraz mnóstwo miłości i zostawiam Was ze śliczną, złotą myślą (taką posypaną również złotym brokatę), którą przed chwilą otrzymałam jako wiadomość: "Kromka chleba i dwa komplementy całkiem wystarczą kobiecie, aby przeżyć dzień". Amę.

wtorek, 25 sierpnia 2015

ŚwiętoCeramiczny Debil 2015.

Święto Ceramiki się skończyło. Miasto odkorkowane, ale i zaśmiecone fest. (Nota bene - znowu minęłam po drodze do pracy porzucone męskie gatki w paski - tym razem slipy - no ewidentnie paski są teraz bardzo a la mode.) Faceci w przepoconych koszulkach rozkręcają budki, a w sklepie wreszcie znowu mam dzienne światło, bo jednakowoż płyta paździerzowa jest bardzo nieprzeźroczysta i przez pięć dni miałam cimno. Alleluja.


A teraz uwaga, specjalnie dla państwa, na okazję przymusowych badań społecznych bardzo dużej i różnorodnej ciżby ludzkiej, sporządziłam osobisty plebiscyt na ŚwiętoCeramicznego Debila 2015. Jedziemy.


Miejsce XIII
Chuda kobita z rozwianym włosem, która przyłaziła ze trzy razy pytać o "takie piwo, wie pani, z niebieską etykietką, chyba jasne, ale nie wiem, może polskie, ale nie jestem pewna, chyba mocne, ale takie, żeby gorzkie nie było, ma takie pani?"

Miejsce XII
Kilkunastu Januszów, którzy błąkali się po sklepie, w którym półki się uginają od piwa, ale nic nie kupili, bo akurat nie było tego jednego, jedynego, co to nie pamiętają, jak ono się nazywało; ale pili na wakacjach w Turcji trzysta lat temu, a ono takie dobre było, tragedia.

Miejsce XI
Stary Niemiec z lampucerowatą polską żoną z żylakami na nogach, wręcz osobiście urażony, że w Polsce nigdzie nie ma niemieckich piw. Skandal oraz w ogóle najgorzej, przecież jesteśmy niemiecką kolonią i jak to tak. 

Miejsce X
Ekzekwo ze czterech pajaców, którzy kupili w przeciągu czterech dni cztery piwa, pytających o rabacik, bo oni są stałymi klientami i w ogóle to im się należy.

Miejsce IX
Młodzieniec z nieopierzonym wąsem, który nachalnie mnie pytał, ile zarobiłam na Święcie Ceramiki i czy jestem singielką. Myśli nie rozwinął, ale lada moment spodziewam się oświadczyn, jak tylko mu przedstawię rozliczenie majątkowe.

Miejsce VIII
Niezliczona ilość łysych ćwoków, którzy kompletnie nie ogarniali idei butelki zwrotnej, nie sklejając zupełnie, że do ich ukochanych Tyskich, Harnasiów i innych piw z proszku, również nalicza się kaucję za butelkę. 

Miejsce VII
Pijane babsko, które stwierdziło, że koniecznie mnie musi oświecić, że nie widać sklepu, bo mnie zastawili i czemu ja z tym nic nie zrobiłam. Kiedy jej usiłowałam wyklarować, że zrobiłam co się dało, zaoferowała, że pójdzie podpalić ceramikom budki, żeby se nie myśleli. Bardzo mnie cieszy taka ludzka troska.

Miejsce VI
Kolo w białych spodniach, przez które mu było widać kolor gaci (czy jeśli napiszę, że w paski, ktokolwiek mi uwierzy...?); który przez cztery dni wbijał po kraftowe piwo i każdą jedną flaszkę wybierał pół godziny. W piątek spędził w sklepie 1,5h, a jego kilkuletnia córka zdążyła zasnąć, siedząc na skrzynkach po piwie.

Miejsce V
Facet, który kupił cztery piwa i pytał całkiem poważnie, czy może dać piwo dzieciom, bo chcą pić, a soczki są drogie (złotypisiąt).

Miejsce IV
Mamuśka z kilkumiesięcznym dzieckiem, która stała przed sklepem około północy, ćmiąc fajkę za fajką i czekając na starego. Nic sobie przy tym nie robiła z tego, że jej biedne młode wyło z zimna, bo nie miała nawet kocyka, żeby przykryć wózek, a dzieciak leżał w samych śpioszkach i powoli siniał, bo w sobotę w nocy było 13stopni.

Miejsce III
Łysy i przypakowany szmaciarz, kurdupel niższy ode mnie, z łbem wielkości piłki tenisowej, który zwyzywał moją mamę, że butelki wrzucane do kontenera na szkło się tłuką i robią hałas, tak jakby ktokolwiek miał na to akurat wpływ. Należy tu zaznaczyć, że właśnie wracałyśmy do domu, a ja byłam tak zmęczona i wściekła, że mu kulturalnie nadmieniłam, że od starych kurew, to se może swoją świnię wyzywać i raczej niech nie skacze, bo się schylę i go cyckiem zabiję.

Miejsce II
Dwa patafiany z rozbieganymi oczami, które zdołały odczytać na butelce Primatora Double wielki napis 24% i nie mogli się nadziwić, że to ma 24 wolty. Kiedy im usiłowałam wyjaśnić, że nie ma, bo 24% to ekstrakt początkowy jest, a alkoholu ma 10,5%, to zostałam zaszczycona spojrzeniami tak pustymi, jak jakikolwiek koci żołądek o dowolnej porze dnia i usłyszałam tylko wiele mówiące: "Kurwa, co? Kurwa, nic nie rozumiem, kurwa".

Oraz last but not least, zaszczytne Miejsce I
Narąbana Typowa Andżela z makijażem robionym stemplem pocztowym oraz butelką Wojaka w dłoni, która całkiem serio chciała negocjować sponsoring typu: ja jej dam dwa piwa za darmoszkę, a ona MOŻE coś u mnie kupi. Promocja sklepu taka. No deal roku, zupełnie nie wiem, dlaczego na to nie przystałam.

Jakby co, to możecie w komentarzach wrzucać swoje propozycje przetasowania miejsc, wedle ciężkości debilizmu reprezentowanego przez laureatów. Oraz, żeby nie było tak całkiem, że smutno mi Borze, to chciałam poinformować, że w podzięce za miłą współpracę, pani z budki przede mną, podarowała mi cztery pary ceramicznych kolczyków, które sama zrobiła. Więc w ramach reklamowania fajnych osób, jakbyście potrzebowali na cito ceramiki artystycznej, to idźcie na www.artmika.com i się tam zaopatrzcie. 
A także, państwo ceramicy, którzy korzystali z toalety, zanim się okazało, że dzięki Amerykankom USA wisi mi za nowy rozdrabniacz do sracza; wręczyli mi sto złotych w ramach dołożenia się do kosztów naprawy, chociaż wcale ich o to nie prosiłam. Zrobili to po prostu w ramach propagowania "bycia miłym", bo ja byłam miła. Nie dziwcie im się, mało mnie znali, to nie wiedzieli, że ze mnie w istocie jest sytyraszna wiedźma. A tak naprawdę to wielkie podziękowania dla państwa z Sosnowieckiego Stowarzyszenia Społecznego, za bycie miłym. I naprawdę byli z Sosnowca. Można? Można.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Sracz story.

W ogóle, jakbyście nie wiedzieli, to u mię we wsi są Dni Ceramiki. Największe święto w roku, wszyscy się jarają, ludzi naraz więcej niż dowolnego innego dnia w roku, miasto zakorkowane po kokardkę, ogólne szaleństwo. Oczywiście budki z ceramiką zastawiły mi sklep dokumentnie, więc od dwóch dni uskuteczniam akcję o kryptonimie "kolorowe jarmarki", czyli ustrajam wejście, żeby było widać, że tam jest w ogóle jakiś sklep, wieszam światełka, które migoczą bardzo oczojebnie oraz rozpoczęłam współpracę z kramarzami ceramiki. W sensie - oni se jebną moje plakaty opatrzone bardzo jednoznaczną szczałką we w stronę sklepu, a ja im udostępnię toaletę. No więc oczywiście toaleta stwierdziła, że hehe, fajny pomysł, miło, że masz plany, ale nic z tego i się zatkała na amen. Najlepsze jest to, że toaleta jest podłączona do rozdrabniacza, gdyż w starym budownictwie rury są wąskie i nasze nowoczesne gówno musi być najpierw zmielone, zanim wpadnie do Bobru. Po którejś z wizyt ceramików, rozdrabniacz zaczął piszczeć i buczeć na zmianę, więc se tak myślę, że chyba się coś zjebało. Ceramicy, po zwołaniu obrad wokół zatkanego kibla, zdeklarowali się, że jakby co, to pokryją koszty naprawy, jeśli się okaże, że to oni wrzucili tam coś nie halo. No zajebongo. Pan fachowiec, którego bardzo lubiam, gdyż się zjawił praktycznie na poczekaniu i nawet nie marudził, że przy piątku musi grzebać w cudzych kiblach, wyłowił z rozdrabniacza podpaskę. Po dość krępującej sondzie pt. "kto ma okres, ręka w górę" okazało się, że ani chybi mi się podpaska w magiczny sposób sama zmaterializowała w kiblu, gdyż żadna z zaindagowanych pań nie ma okresu. W ogóle to bardzo polecam, jakbyście byli nieśmiali i nie wiedzieli, jak zagadać, to połaźcie se po jarmarku i pytajcie kobiet, czy czasem nie mają miesiączki. Zadzierzgniecie przyjaźni gwarantowane. Doszłam do wniosku, że całkiem możliwe, że to jedna z Amerykanek, którym w przypływie dobroci serca umożliwiłam skorzystanie z toalety, odwdzięczyła się, wrzucając tam produkt higieny osobistej, którego nikt ze wszystkimi klepkami i przy obecności kosza na śmieci, nie wrzuciłby do sracza. Być może mam dziwnych znajomych, ale większość wie, że do kibla wrzuca się, co następuje: papier toaletowy oraz produkty uboczne przemiany materii. Tyle. Nie wrzucamy pieluch, podpasek, tamponów ani bielizny i jak znam życie to np. dywanów, sztućców oraz butelek po mineralnej TEŻ PEWNIE NIE. Stawiam zatem na Amerykanów, oni są przecież zawsze do przodu, jeśli chodzi o genialne pomysły. Jak to dobrze, że chcemy być Ameryką Europy.


środa, 12 sierpnia 2015

To nie jest kraj dla dobrych ludzi.

Bardzo jestem zatroskana. Smutek mję opadł chmurą wilgotną, chociaż możliwe, że to po prostu mój pot się poci, bo temperatura jest nieludzka. Ale doprawdy mję ten smutek do kości przenikł wziął, albowiem, gdyż, ponieważ się okazuje, że w Polsce ludzie, którzy chcą pomagać chorym dzieciom, mają potwornie cinżko. 

Chodzi u mnie we wsi taka pani z taką podkładką z zakładkami i tam w tych zakładkach się prezentują bardzo zasercechwytające zdjęcia dzieciaczków pokrzywdzonych przez los. Pani oczywiście na dzieciaczki zbiera piniondze, no bo jaki człek bez serca i godności ludzkiej nie wpłaci na chore dzieciaczki. I pani jest tak cinżko, że tak zbiera i zbiera i nic, że musi pić dla złagodzenia stresu. Wiem, gdyż od pani wali wódą bardzo raźno, więc wniosek jest jeden - zbieranie na chore dzieci jest bardzo stresujące. Pani widać jest wstyd, że tak musi se strzelać kurwiki co godzinę, bo na mą uwagę (oczywiście pełną troski o bliźniego oraz ogólnego przejęcia) na temat charakterystycznego zapachu, wybąkała, że to mentosy. Widać nowy smak na lato wypuścili. 

A przed chwilą objawił się pan, także wyjątkowo zestresowany, bo z tego stresu nie dał rady się umyć, ogolić ani ubrać w coś innego niż poplamioną niewiadomoczym koszulkę z napisem "Body Crusher" oraz dżymsy z dziuramy. Pan także zbierał na dzieciaczka, dziewczynkę, która musi mieć cholernego pecha, gdyż jest chora na Downa, boreliozę, paraliż kończyn, odrę, koklusz i prawdopodobnie dżumę z malarią, oczywiście na raz. Mówię Wam, taki żal, że się serce kraje. I się okazuje, że pan, co zbiera piniondze na wszystkie leki świata; ma jeszcze gorzej niż pani, bo prócz niewątpliwych zapachowych oznak stresu, pan ma również i wizualne, gdyż nie ma dwóch zębów, z samego przodu. Najwyraźniej zbieranie na chore dzieciaczki jest nie dość, że stresujące, to jeszcze niebezpieczne, bo można za tę całą dobroczynność dostać w ryj.

Bardzo to wszystko smutne, ja im się nie dziwię, że piją. Laboga, w potwornym kraju żyjemy.

Obrazek wygooglany i zassany z internetów. Sprawca obrazka nieznany.

piątek, 24 lipca 2015

Motyla noga.

Z racji tego, że lato, to postanowiłam się wbić w szorty, póki jestem piękna (ha ha) oraz młoda (HA HA) i cellulit jeszcze nie skolonizował mi nóg aż do kostek. Ku mojej radości, okazało się, że z sześciu par szortów, które sobie w napadzie optymizmu kupiłam praktycznie na raz - niektóre nawet jeszcze pasują. Znaczy się - zapnę się, nie spłaszczają mu dupy i nie robi się z przodu wielbłądzie kopytko, czyli alleluja i do szortów przystąp. Na tę radosnę okoliczność wczoraj siedziałam w łazience przez godzinę i skrupulatnie goliłam całe nogi, które zwykle z lenistwa golę tylko do kolan. Zacięłam się tylko trzy razy: oczywiście przy kostkach (bliznami po tych sznytach będę moje wnuki straszyć) oraz ino raz w kolano, ale za to fest, bo się lało, jak ze świni. Po dezynfekcji ran ciętych i ciężkich walkach w okolicach drugiego kolana - nóżki miałam gładkie i śliczne, nawet jeśli lekko obolałe oraz tradycyjnie eterycznie blade. Natomiast dzisiaj rano, mój przepiękny i najcudowniejszy na Ziemi Kocisław, władował mi się na kolana i tulił się do mię tak pięknie i ochoczo, że naprawdę me serce łkało, że go muszę z tych kolan zepchnąć, bo znowu się spóźnię do roboty. Więc Kocisław postanowił mje ukarać za to, że jestem tak zimną i złą kobietą, i zjechał na pazurach po świeżo ogolonych udach, zapewne chcąc przy tym nadać nieco żywszego kolorytu trupiobladej mej skórze. Cóż - koloryt jest, szortów nie ma, gdyż musiałam się oplastrować dość solidnie, żeby se spodni krwią nie ufajdać. Wnoszę, że mój kot jednak jest zagorzałym katolikiem, bo chciał mnie ochronić przed nieopatrznym grzechem i świeceniem dupą przed obcymi ludźmi. Chwała Borze.

A także - wpadł mi do sklepu motylek. Ganiałam za nim w zachwycie jak modelowa idiotka, dopóki nie wpadł między butelki i żadnym sposobem nie mogę go znaleźć :( Przestawiłam całą półkę i nie ma motylka. Przesz mje serce pęknie, jak przy następnej dostawie znajdę między butelkami martwego motylka. Albo - jeszcze gorzej - motyle ścierwo wyewoluuje, odkryje sposób na otwieranie butelek skrzydełkiem i wychleje mi wszysko, zanim się obejrzę. Szkoda, że koncerniaków już nie mam, jakby to wychlał, to by się zatruł chemią po pierwszej butelce i tyle bym go widziała. A tak to muszę żyć w stresie. Laboga.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Swaty.

Pierwszy odcinek zapewne pokaźnej serii opowieści o tym, jak to znowu nie zdobyłam menża, tym razem będzie o swatach, czyli dlaczego kochająca rodzina warunkiem szczęśliwego zamonżpójścia. W dodatku długie mi to wyszło w cholerę, więc lepiej se to zostawcie na posiadówkę w kiblu albo co. Historyjka jest letko tylko ubarwiona, dla beki pozostawię czytelnikom decyzję, co do tego, które części są fantazyjnie pokolorowane, a które wcale nie.

Posiadam ci ja babcię. Babcia, jak babcia, klasyka gatunku: włos siwy, szczęka sztuczna, uśmiech dobrotliwy. W dłoniach zwykle siatka taka w paski, z rodzaju tych peerelowskich toreb, które są w stanie przetrwać powódź, wybuch nuklearny oraz atak obcych, prawdopodobnie zresztą naraz. Babcia zwykle nosi do trepków grube skarpety w prążki, a na lato przywdziewa do tych samych trepków cieńsze skarpety w prążki. Babcia klnie jak szewc i zajmuje się głównie wiszeniem w oknie i ochotniczym monitoringiem osiedlowym. Babcia kiedyś chodziła o lasce, teraz ma chodzik, ale nadal chodzi o lasce, bo "przecież nie będzie jak stara baba z chodzikiem popierdalać". Babcia ma własne mieszkanie, bardzo ładnie urządzone w stylu "bardzo późne rokokoko", delikatnie złamane nowofalową szkołą aranżacji wnętrz Bierdąki; chociaż ostatnio pomieszkuje w kościele. Podobno tam chłodniej. Babcia nie wie, że istnieje takie śliczne pojęcie jak "matriarchat", ale nie przeszkadza jej to w namiętnym i straszliwym jego uskutecznianiu. Srebrnowłosa staruszka o głosie żony Świętego Mikołaja, niczym rycerze średniowieczni, nigdy nie występuje jako jednostka, ale zawsze jawi się samotrzeć - ona plus, w charakterze maskotki, moja 32-letnia kuzynka, która właściwie nigdy nic nie mówi, za to bardzo dużo się gapi; oraz moja ciotka, która dla odmiany mówi za czterech i ma zeza tak radosnego, że właściwie można uznać, że gapi się na wszystko na raz. Kuzynka jest lekko stuknięta, co u nas, jak widać, rodzinne jest niezwykle (dowody ze stosowną pieczątką oraz odpowiednią dokumentacją fotograficzną na życzenie); zwykle ubiera się w sukienki, które wyglądają jak becik z trenem oraz ma chroniczny katar, więc łazi z haftowaną w kwiotki chusteczką rozmiaru prześcieradła. Natomiast ciotka ma paniczny wytrzeszcz (ORAZ zeza - no sami przyznacie, że rodzinę mam wyjątkową) i rokrocznie w Wigilię opowiada historię o kocie. Leci to tak: choinka, świeczki, prawda, opłatek już zeżarty, karp wjeżdża na stół, a ciotka swoje - "Bo wiecie co normalnie Lodzia ma takiego kotecka i ten kotecek jest taki mądry że nie musi siurać do pudełeczka z piaseczkiem ale załatwia się sam do kibelka tylko mu trzeba deseczkę podnieść i on tam siura takie to śmieszne hahaha". HA HA HA. Cytat bardzo dokładny, możecie mi wierzyć. Babcia autorytatywnie zarządza całym domostwem, od mojej wiecznie zakatarzonej kuzynki, poprzez moją taktowną jak Janusz na wczasach ciotkę, kończąc wreszcie na wszystkich sąsiadach z klatki, którzy, podejrzewam, nieco się mojej babci boją. Ostatnio jednak babcia stwierdziła, że czas najwyższy przedsięwziąć kroki, żeby wpłynąć na znaczną poprawę życia swojej drugiej wnusi, czyli Waszej uniżonej Karolajny, Siostry Wielokrotnie Przełożonej. Szczególnie oczywiście w kwestii zamążpójścia, bo babcia przeboleć nie może tego, że córka rzeczonej Lodzi od kotecka, już trzy lata po ślubie, natomiast żadnemu z jej wnucząt nie było jeszcze dane zaznać tego szczęścia. Stąd właśnie wynikły tragiczne wydarzenia, które są meritum wpisu.

Imieniny mojej babci wyprawiane były w sobotę, a ponieważ natenczas byłam bezrobotną ofiarą idiotycznego i nieżyciowego kierunku studiów, zostałam oddelegowana do uczestnictwa. Zbrojna zatem w wielki bukiet gerber, który został okrzyknięty za drogim oraz własnej roboty sernik, który oczywiście i tak jest za słodki i w ogóle to niedopieczony, przybyłam w babcine progi. Bukiet został tradycyjnie wciśnięty w okrutnie tandetny i paskudnie już odrapany wazon, zdobny w dwa cierpiące na debilizm białe kociaki pod parasolką, znane od dzieciństwa mnie i mojemu bratu jako Sęp i Klęp. Ów szpetny porcelanowy tworek jest którymś z kolei bożonarodzeniowym darem od Lodzi, z jej ogromnej autorskiej kolekcji pt. "Pomniki kiczu". Sama Lodzia siedziała, zapewne od rana, rozparta po drugiej stronie imieninowego stołu, łypiąc na mnie czarnymi, świńskimi oczkami. Jest ona jedyną sąsiadką, którą z babcią łączy coś na zasadzie długoletniej przyjaźni, podsycanej nienawiścią do tych samych osiedlowych wywłok oraz miłością do tych samych brazylijskich seriali. Lodzia jest tandetnie ubraną, niespecjalnie lotną paniusią ze wsi, której największym osiągnięciem było wydanie się za miastowego oraz wychowanie dwóch córek z dokładnie takim samym pragnieniem życiowym. Jedna z nich, którą zawsze nazywam Zwyczajnie Aśką, (co niemożebnie ją wnerwia, bo ona przecież ma tak pięknie na imię - Żaneta), siedziała rozparta - a rozpierać miała co - obok mamusi, obdarzając mnie pogardliwym spojrzeniem znad upaćkanych niebieskim cieniem powiek oraz ostentacyjnie oglądając wielki, bardzo brzydki i ewidentnie fałszywy złoty pierścionek z paskudnym szklanym oczkiem. Błędnie biorąc mój powitalny uśmiech za oznakę zainteresowania, nie omieszkała mnie poinformować, że się zaręczyła właśnie i planują ślub na wiosnę. Promieniała przy tym dumą, gdyż, w przeciwieństwie do swojej starszej siostry, Andżeli (ja naprawdę tego nie wymyślam) udało jej się zmusić swojego faceta do oświadczyn, ZANIM zaszła z nim w ciążę, zatem jest to związek prawdziwy, pełny i z klasą.

Czas mijał przy nieustannie napędzanych ciocinym słowotokiem dyskusjach o sukni ślubnej Zwyczajnie Aśki, która najnowszą modą będzie wprawdzie krótka, za to wysadzana kryształkami oraz DROGA, żebyście se nie myśleli. Babcia kontynuowała odwieczną krucjatę na rzecz napiętnowania nigodziwości, tym razem wieszając psy na nieznanej mi bliżej dziwce z trzeciego piętra, która daje tylko dwa ziko na tacę, a się wozi mercem, szmata. Na stole piętrzyły się andruty, czyli jedyny rodzaj czegoś w rodzaju deseru, który ciotka jest w stanie wykonać oraz całe michy zjawiskowo paskudnej sałatki ziemniaczanej, również dzieła mojej ciotki - osoby, która w żadnym wypadku nie powinna zostać wpuszczona do kuchni, nawet celem umycia naczyń. O ostatnim może świadczyć upstrzona zaschniętą resztką jakiegoś nieszczęsnego owocu literatka z wyblakłym Papą Smerfem, w którym to naczyniu zaserwowano mi sok pomarańczowy o silnym aromacie benzoesanu sodu; prawdopodobnie wychodząc z założenia, że nieistotne jest, czy mam lat trzynaście czy trzydzieści, skoro jestem niezamężna, to mi się normalna szklanka nie należy. Dziobałam wiec nieprzekonująco tę nieszczęsną sałatkę, a po mojej lewicy, urocza kuzynka smarkała raz po raz, za każdym razem chowając coraz bardziej wilgotną chusteczkę w rękaw swojego białego becika. Czas płynął powoli i nieubłaganie, a ja radośnie śledziłam wskazówki zegara, na którego tarczy pstrokaty Jezus Chrystus, ze świecącą diodami koroną wpatrywał się natchniony w powieszony obok pseudobawarski landszaft z jelonkiem Bambi w samym centrum. Babcia jednak miała przygotowane dla mnie zupełnie inne sobotnie plany.

(Tu se Państwo zacznie czytać głosem Wołoszańskiego, dla lepszego efektu.) Około bowiem godziny drugiej, kiedy jedna ze wskazówek dźgała Chrystusa w oko, a na stół wjechała wiśnióweczka (Papa Smerf się ucieszy); przybył Młodzian. Młodzian przybył z pompą, dzierżąc w pulchnych dłoniach mocno sfatygowaną różyczkę, która została z czcią wciśnięta do mojego bukietu; odziany ni mniej ni więcej tylko w maturalny gajerek, z nieco przykrótkimi - jak zauważyłam - nogawkami. Przybysz zamaszyście się skłonił babci, która teatralnym kiwnięciem głowy wskazała mu moją skromną osobę, pijącą właśnie sok z Papy Smerfa. Moje podejrzenia zaczęły wtedy nabierać obrzydliwego w swojej słuszności kształtu - babcia naraiła mi absztyfikanta. Młodzian przygładził tłuste włoski, chwycił bezceremonialnie moją dłoń i podrywając ją do poziomu swojej gęby, oślinił mi pieczołowicie cały nadgarstek. Kiedy cichaczem wycierałam rękę w obrus, Młodzian gwacnął obok mnie, na pustym dotychczas krześle, które - do czego z niechęcią doszłam - było dla niego zarezerwowane. Dopiero teraz zauważyłam, że szczycił się on patriotycznym polskim wąsem, trochę tu i ówdzie nieopierzonym, ale nie to było najgorsze. Jakby to tu Państwu... No, generalnie, Państwo se wystawią, że mężczyzna narajony mi przez babcię, był dumnym posiadaczem najobrzydliwszych warg, jakie w życiu widziałam. Żadne słowa nie opiszą tego cudu bijologii, ale spróbuję - były wielkie i jakby wywinięte na zewnątrz, tak że tzw. mięso z wnętrza jamy ustnej wyłaziło na świat; całość przypominała dwa czerwono-różowe ślimaki bez skorup, pełznące po ryju nieszczęśnika. Patrzyłam z przeraźliwą fascynacją na to świństwo, kiedy to Młodzian obrócił ku mnie błyszczącą od potu gębę i wyszczerzył zęby. Po niewczasie zorientowałam się, że moje gapienie się zapewne zostało opacznie zrozumiane. Natychmiast zajęłam się sałatką (czy majonez powinien być zielony...?), ale było już za późno. Młodzian rozpoczął perorę na swój temat, wypowiadaną ogólnie do świata, ale w szczególności niestety do mnie. Otóż dowiedziałam się, że skończył politologię na Legnickim Uniwersytecie Malowania Gumiaków (gwoli ścisłości - Legnica nie posiada Uniwersytetu, ani tego ani w ogóle żadnego. Posiada za to ogromną ilość prywatnych szkół wyższych, pełnych bardzo ładnie brzmiących kierunków, po których rzecz jasna nie ma się pracy, ale co gorsza nie ma się również wykształcenia. Owszem, zdobywa się magistra, ale głównie dlatego, że za niego się zapłaci. Ta konkretna szkoła jest bardzo popularna wśród ludzi z mojego regionu, ludzi, dodajmy, którzy nie zdali matury za pierwszym podejściem, wylecieli z innych studiów albo po prostu do żadnej innej szkoły się nie dostali.). Młodzian nie omieszkał także wspomnieć o ledwie kilku innych detalach ze swego, jakże fascynującego, życia - otóż: ma na imię Gienek, pasjonuje się kulturystyką oraz ogrodnictwem, uwielbia dzieci, chce mieć ich troje, najlepiej synów, jego rodzice mają dom na wsi, ale nie taki chujowy z oborą i świniami, tylko lepsiejszy, z patjo z grecką kolumną (jedną); lubi dobrze zjeść, jego idealna kobieta musi umieć gotować golonkę, ale lubi także pić piwo z kolegami, których ma w cholerę, często grają w piłę, bo on kocha piłę, ale także uwielbia zwierzęta, szczególnie śliniące się psy rozmiaru koni, oczywiście ma samochód, nie audicę, ale też z Niemiec, zamierza robić w polityce, bo tam są piniądze, jest także utalentowany muzycznie, bo dorabia jako didżej na weselach oraz interesuje się fotografią, gdyż ma aparat za pińć tysięcy złotych polskich. Mniej więcej w połowie tego niewiarygodnie egotycznego słowotoku, spodziewałam się, że Młodzian wyciągnie z kieszeni przyciasnych spodni obskurne pudełeczko z czymś w rodzaju tego błyszczącego żółcią tombaku pierścionka, którym szpanowała kiwająca zapalczywie głową Zwyczajnie Aśka, ale nie. Złapał tylko pod stołem moją dłoń, a miał lepkie, wilgotne i jakby gąbczaste paluchy; natomiast ja, zapewne z powodu przytłaczającego ciężaru wspaniałości osoby Młodziana, poczułam jak gwałtowne torsje ściskają mój i tak już wymęczony ciociną sałatką żołądek. Do tej pory wpatrywałam się tylko z rosnącym zdumieniem graniczącym z fascynacją w Papę Smerfa, zastanawiając się, czy nie zacząć symulować ataku wyrostka albo udać, że nagle złamałam nogę na siedząco. Teraz jednakowoż, oczywiście ze strachu przed tak silnym i imponującym mężczyzną, jakim niewątpliwie był Młodzian, zerwałam się z krzesła, które uderzyło głośno w stojącą za nim gierkowską meblościankę, wymamrotałam w kierunku babci wątłe "do widzenia" i nie zważając na ofertę Młodziana w kwestii odprowadzenia mnie do domu, niemalże sfrunęłam z babcinego drugiego piętra.

Potem pozostawało mi tylko przecierpieć kilka tygodni nie odpowiadania na smsy w stylu "Nie będę wiecznie czekał na odpowieć jak nie chcesz to nie a nie mnie zwodzisz" i nie odbierania telefonu, bo babcia oczywiście nie omieszkała podać Młodzianowi mojego numeru. Pamiętajcie, moje drogie, że jak człowiek młody, to głupi bardzo i takie mu okazje przed nosem uciekają, że olaboga, więc potraktujcie tę historyję jako przypowieść z morałę. Ledwie kilka lekko tylko koszmarnych sennych mar i zapomniałam o wywiniętych ustach, niedorobionym wąsiku i gąbczastych dłoniach; a mogły być moje...

środa, 18 czerwca 2014

Trzecia rano blues.

Jak widać posty można pisać, tylko po godzinie 3 w nocy. Wcześniej nie uchodzi zupełnie. Właśnie zoczyłam, że pierwszy post na moim blogu miał 4 odsłony, a drugi całe 5, więc szok i niedowierzanie, że takie tłumy walą! I - może to niepoważne jest, ale ja się cieszę z tego cholernie, bom anonimowa jak się tylko da, nikt nic o mnie nie wie, piszę sobie tak w ten Internet bez odzewu i jest pysznie. Przynajmniej na razie. Bo ja już kiedyś tak pisałam do ludzi, pisałam z odzewem niejednym i prawdę mówiąc stwierdzam, że ma delikatna kobieca psychika takich rarytasów jak forumowe shitstormy albo prywatne wycieczki skończonych buców - nie znosi dobrze. Powiedzmy oględnie. A wypisać się przecież muszę, bo mi pęknie żyłka na skroni, krew mię zaleje po brodę i w ogóle blizna będzie na ryju i będę wyglądać jak The Hound z Gry o Tron, a on nieciekawie skończył. Więc tego - se tak bazgrolę sama do siebie i się sama ze sobą chichram i gadam do siebie rączo. Oczywiście - niektórzy twierdzą, że takie atrakcje kwalifikują mnie do białego kaftanika i przytulnej sali o miękkich ścianach, ale ja uważam, że przynajmniej mogę se pogadać z kimś na poziomie, a poza tym biorę tabletki. Więc jakby co, to ja podam nr do mojej pani dochtór, która mię tymi tabletkami karmi, a ona już powie, czemu nie ma kaftanika. Jeszcze. Speaking of which - muszę się dzisiaj z nią na randkę umówić, za którą se zapłacę 100zł, a w zamian dostanę świstek na więcej tabletek. Uważam, że się opyla.

Machnęłam se paznokcie na krwistoczerwony kolorek, bo se umyśliłam, że będzie pasował do granatowej kiecki w białe groszki, zanabytej za 20 ziko na szmatach koło domu. Do tego biały kardigan, czerwony paseczek i kolczyki również rouge i proszę was, wyglądam jak przykładna żona i gospodyni domowa, lata 50 XXw., gdzieś z Missouri, kiedy tostery były wielkości lodówek i o wadze małego samochodu. I jeszcze bym se machła u stóp paznokcie też, gdybym nie miała paluszków plasterkami pozaklejanych, bo kremowe buciki, które mi to tej stylówy pasują, obcierają mnie sakramencko, kurwy jedne. Są prześliczne absolutnie i wyglądam w nich jak milijon zielonych i choć nie ukrywam, że cierpię w nich niezmiernie, to będę nosić, nawet jakbym se miała wszystkie palce okleić. Bym jebła foteczkę, ale po pierwsze primo - ni mom aparatu takiego, co by mnie uchwycił w pełnej krasie i pięknie mym całościowym, a po drugie primo - mija się to trochę z moim założeniem ultraanonimowości. W sumie mogę wrzucić fotkę z urżniętym łbem, choć koafiurę też se wymyśliłam piękną i rozterki mną takie właśnie egzystencjalne targają. Tak ubrana prześlicznie powędruję do pani dentystki, która musi mi obejrzeć jamę gębową dokładnie, bo coś mi chyba z pyska ostatnio wypadło i mam obrzydliwe przypuszczenie, że to była plomba, bo mam jakiś taki uszczerbek w zębie, o który sobie kaleczę język, bo ciągle to muszę macać tym językiem, oczywiście. Przy czem powinnam też se wyrwać ósemkę moją ostatnią i do cna już zgłupieć, bo w związku z rozpoczęciem pracy w lipcu nie będę miała potem czasu na takie przyjemności jak operacyjne usuwanie zębów mądrości, nieprawdaż. Podejrzewam, że pani dentystka, które se właśnie założyła nowy gabinet, będzie miała ceny takie mniej-więcej ojapierdolęczyichpoebao, ale raz się żyje i zęby ma się jedne.

Z nowości - się podobno okazuje, że naukowcy odkryli, że koty faktycznie rozumieją, co się do nich mówi, ale decydują się to ignorować. No jestę naukowcę normalnie, szkoda, że sama wcześniej tego nie opublikowałam, Nobel murowany, a potem szmal, dziwki i koks. Ja to się jednak nie umiem w życiu ustawić wcale, nic a nic. Dziewictwo też oddałam za darmo, z tzw. miłości, zamiast się sprzedać za gruby szmal i nie głodować na studiach w Krakowie, ale żyć jak pączek w maśle w takim np. Paryżu albo innym Lądynie. No młode i głupie, normalnie. A propos kotów - odkryłam także, że kiedy się memu cudownemu zwierzu postawi miskę z żarciem nie na przeznaczonej do tego ślicznej tacce na podłodze, tylko na np. schodach, parapecie czy w zlewie, to futrzak żre jakby mu za to płacili, choćby nie chciał nawet wąchać, jak stało w normalnym miejscu. Wyszło mi, że chyba mu się popierniczyło i myśli, że se upolował. Anyway - żre, więc ja nie mam pytań. Chociaż nie, w sumie jedno mam - dlaczego producent trawki szybkorosnącej dla kotów myśli, że to jest dobry pomysł, żeby to coś, na czym rośnie zielone, taka mieszanka trocin i filtrów od papierosów, waliło jak  dwutygodniowy nieboszczyk w klimacie karaibskim, hę...? Jezu, nie wiedziałam, co tak jebie w pokoju, podejrzewałam, że mi pod biblioteczką zdechło zwierzę wielkości konia co najmniej, a to ta skrzyneczka plastikowa niepozorna tak daje, że jakby jednak ten koń pod biblioteczką leżał, to aż by wziął zmartwychwstał, tylko po to, żeby uciec na swych kopytkach jak najdalej od tego smrodu. Wyniosłam na strych, niech tam śmierdzi. Teraz noszę kota na górę, żeby go nakarmić trawką, od której on dostaje głupawki, jak faceci przy cyckach. No jest pięknie jednak.

Jutro mam maraton po lekarzach, chwała bogom, że akurat wiem w co się ubrać i będę piękna, choć oplastrowana i cierpiąca. Po przeczytaniu artykułu w WO nt. Sary, podjęłam wiekopomna decyzję, że nie będę umartwiać się bardziej niż to potrzebne i postanowiłam polubić swoje ciało, ze wszystkimi wałeczkami, pryszczami, włosami, co się nie chcą układać i paznokciami, co się łamią. Challenge accepted, chociaż niekoniecznie wierzę, że mię się taki humor utrzyma na długo, ale zamierzam próbować. No bo, do cholery, skoro ona może taka piękna się czuć i błyszczeć, kiedy jeździ na wózku, to jest wstyd i poruta, że ja robię jakieś chryje i panikuję, kiedy mi troszkę brzuch widać w jakiejś kiecce obcisłej. No kurwa, halo.

I to znowu będzie otagowane jako opiłki drobne, choć moje ostatnie postanowienie do drobnych nie należy. Tylko na razie nie mam weny jakoś na większe opiłki. Jak mi strach przed pisaniem  większych opiłkach przejdzie, to pomyślimy. A na razie howgh.

niedziela, 1 czerwca 2014

Ciągi myślowe vol.1.

Jakże pięknie minęła mi niedziela, wreszcie się dorwałam do gotowania i strzeliłam boski rosół, który był po prostu idealny, bo ja mam tendencję do rozwadniania zup, a dzisiaj rosołek mi wyszedł cymesik. Być może tez dlatego, że w Kauflandzie dostałam czegoś w rodzaju zaćmienia umysłowego spowodowanego widokiem truskawek (9 zeta za kilo jednakowoż, to jest cena barbarzyńska) i zamiast natki pietruszki kupiłam lubczyk, bo podobny. I się zadumałam, czy mam to zielsko dodawać czy nie, bo o lubczyku wiem tyle, że jakieś staropolskie napary miłosne się z tego warzy, ale żeby rosół...? Stwierdziłam, że wsio ryba i tak zjedzą i władowałam cały pęczek. Jak się okazuje - był to wyśmienity wręcz pomysł, bo zupa pachnie tak, że dosłownie stałam nad tym garem i się sztachałam oparami; co rzecz jasna zaowocowało popatrzeniem sobie nozdrzy gorącą parą, ale czegóż się nie robi dla sztuki, nieprawdaż... I makaronu nie rozgotowałam nawet, taki wyszedł sprężysty i smaczny, normalnie przerwa w kucharzeniu dobrze mi robi. Na drugie rąbnęłam schabowe i kaszę gryczaną z marchewką zasmażaną. Najlepszy Brat Na Świecie orzekł, że dawno mi się tak dobre mięsiwo nie udało. No ja myślę, cholera, cztery godziny w kuchni stałam. Gros z tego oczywiście zajęły mi bułeczki drożdżowe, które wymyśliłam na deser, a do których lunęłam chyba trochę za dużo spirytusu. W przepisie był rum, ale rumu nie ma, a spirytus, oczywiście tylko do gotowania, jest, to wlałam na pałę trzy łyżki i ciasto gorzkawe się zrobiło; szczęśliwie w piekarniku wyparowało w cholerę i nawet całkiem całkiem w smaku wyszło. Bułeczki nazywają się "bogatki" i ja nie wiem, gdzie ta ich bogatość, bo szału nie robią i nawet bakalii nie ma, no chyba że te alkoholowe opary jakoś mają ubogacać. To jak tak, to ja rozumiem.

Jutro mam wstać koło 10 (ahahaha, już jasne, widzę to moim trzecim okiem umysłu, jak ta lala świeża wstanę, ahahaha...), bo muszę znowu pozałatwiać masę spraw takich jak wybieranie farby, nowy licznik wody, nowy licznik gazu, pieczątka, oklejenie kasetonu (nie wiem jeszcze za bardzo czym, bo projektu nie ma!!), założenie konta w banku i zakup sandałów. To ostatnie, wbrew pozorom, cholernie mnie męczy i prześladuje, bo od tygodnia szukam sandałów i mnie szlag trafia. Potrzebne mi są takie, w których jest wygodnie bardzo, a przy tym stopa nie wygląda jak zakuta w jakieś kopyto ortopedyczne. Czyli wygodne, ale nie sportowe, bo w takich to się ma człapy jak Żabcia Rechotka. I wkładkę wewnętrzną muszą mieć taką, żeby mi się stópcie nie odparzały i żeby pięta była lekko wyżej niż palce, bo kręgosłup się wtedy mniej męczy i w ogóle najlepiej, żeby nie kosztowały 500 zeta. A w sklepach - zwłaszcza internetowych - są sandały do sesji zdjęciowych, czyli takie na cieniuteńkiej podeszwie z dwoma sznureczkami mocującymi podeszwę do stopy, w których można chodzić góra dwie godziny, bo potem bolą nogi i które zresztą mają mniej-więcej taką właśnie trwałość - ze dwa miesiące może wytrzymają. Albo z kolei - ultrabrzydkie sandały zapinane na rzepy, w których nie chciałam chodzić mając lat 14, to i teraz nie zamierzam. Jak już wreszcie znalazłam takie, które odpowiadają moim parametrom wszelakim - to nie ma mojego rozmiaru. Oczywiście, wa mać, że nie ma. To nie o to chodzi, że jestem jakaś niebotycznie wybredna (tylko ociupinkę...), ale zwyczajnie nie mam pieniędzy i czasu, żeby kupować sobie sandałki wizytowe, wyjściowe, do takiego looku, do innego looku, a te nie pasują, a te niewygodne, za to śliczne. Wierzcie mi, że jak będę już miała taki szmal, to się nie będę pierniczyła, tylko kupię wszystkie, które mi się podobają i nawet mnie nie będzie obchodziło, że stopy odparzone - w końcu będą mnie w lektyce pozłacanej nosić, więc co mi tam. Ale na razie muszę wybrać wersję optymalną, co jak się okazuje nie jest wcale takie proste. Muszę się zatem przejść po mieście, zobaczyć co i po ile i omijać szerokim łukiem sklepy z gównianym chińskim obuwiem, robionym ze starych opon i plastiku z lat '70. No bo sory batory, ale jak para baletek kosztuje 19,99 i jest to cena normalna, a nie promocyjna, to wg mnie coś z tymi baletkami jest mocno nie halo.

Tak czy owak - pomijając zakup sandałów, czego pewnie i tak nie zdążę zrobić, to mam jutro do załatwienia wuj spraw. Więc idę lulać, jakże wcześnie. Znowu.

czwartek, 29 maja 2014

Tak wyszło, że przedmowa.

Miał być ekstraegzaltowany rozkmin na temat blogowania w ogóle, plusy minusy, dlaczego warto i dlaczego lepiej se dać spokój i w ogóle popis erudycji, elokwencji i różnych takich trudnych słów bez liku. Ale nie będzie. Z przyczyn, że ponieważ - przeczytałam wersję roboczą i azaliż stwierdziłam, że gówno przestraszne i jak ja w ogóle mogłam spłodzić taki syf w odmętach umysłu. Generalnie - nie takie syfy w tychże odmętach powstawały, więc niby tragedii nie ma, ale i tak wstyd. Poza tym, fakty są takie, że jak się znam, to na rozkminach się kończy. Myślę, za dużo oczywiście, rozpatruję, rozprawiam i wymyślam se problemy, których w zasadzie nie ma, ale mogły by być, więc ojesu, a potem już jestem tak zmęczona tym dzieleniem włosa na szesnaścioro (bo ja jestem w tym dzieleniu level, a nawet dwa wyżej od innych rozdzielaczy), że idę spać, śnią mi się głupoty, wstaję o 16 i znowu myślę. Toteż rozkminu, jak na razie, nie będzie. Bene.

Za to będzie bajka o moim fascynującym życiu, a w niej m.in. - zastanawianie się nad tym, dlaczego chce mi się sikać co kwadrans, chociaż nie mam żadnego syfa, nie zmarzło mi dupsko i nie pijam kawy...? Oczywiście powinnam nasiusiać do sterylnego słoiczka, podpisać wyrób własny i zanieść do raboratorium, żeby mi powiedzieli co mi się po pęcherzu pęta, ale coś nie za bardzo widzę taki scenariusz, z powodu azaliż - moje burżuazyjne wstawanie po 16 uniemożliwia mi zastanie w raboratorium jakiejś życzliwej duszy, bo oni tam w służbie zdrowia to raczej rankiem pracują, nie wiedzieć czemu. Byłoby zajebiście, jakby tak ktoś otworzył taki punkt dla ludzi dotkniętych popierdoleniem, dla których zwleczenie się z wyra przed południem jest awykonalne. I w tymże punkcie, miła pani, także prowadząca nocny tryb życia, załatwi wszystko, co trzeba - i siku do badania przyjmie, i złoży wniosek do wodociągów o nowy licznik, i konto w banku założy; no omnipotencja w jednym okienku. Czyż nie byłoby to cudowne, hmm?

A tymczasem, borem lasem, jutro się muszę objawić w majestacie świadomości, tak wedle południa, poleźć do lokalu, gdzie jest jeszcze remont, dobrać farbę do ścian i zaordynować, żeby naoliwili kraty przy wejściu od zaplecza, bo chyba przy dostawach będę je łomem otwierać, a do zamknięcia ani chybi będą potrzebne jakieś woły pociągowe. W ogóle muszę kupić nową kłódkę, taką porządną, tylko powinnam zmierzyć otwór w klamrze do bramy, bo jak siebie znam, to będę chciała kupić najporządniejszą, więc kupię za dużą i wtedy to se tę kłódkę będę mogła w swoje otworki wsadzić i spiąć na amen, nie żeby to w ogóle jakkolwiek przeszkadzało w moim pożyciu płciowym. Podejrzewam nawet, że zakładanie kłódki na dupę to byłoby najbardziej emocjonujące seksualnie doznanie ostatnich tygodni. Ale, porzucając fantazje -  będzie supcio, jakby się udało kupić kłódkę na szyfr, bo istnieje możliwość, że zgubię klucz, a przezorny zawsze zabezpieczony, nieprawdaż. A także - powinnam się udać do banku, założyć konto na firmę, bo wtedy być może pani przekochana księgowa się nie zesra ze szczęścia, jak zobaczy wszystkie faktury wystawiane jednak na firmę, a nie na osobę fizyczną. I muszę zrobić se wreszcie pieczątkę fachową, z regonem i innymi szczęśliwymi numerkami. A jak już se zrobię, to watch out bitches, idymy na zakupy.




Jakkolwiek to wszystko oczywiście przy szczęśliwym założeniu, że zaraz pójdę spać, bo mam pojebane z tym spaniem fest i zaczyna mnie to powoli wkurzać. Nie gotowałam chyba od tygodnia, bo jak wreszcie wstanę, to rodzina ma już dawno se coś sama upichciła, bo ileż można czekać, nie? I mi ich szkoda, bo żrą jakiś chleb w jajku czy inne parówki, a nie normalnie zupę jakąś czy nawet schabowego z mizerią. No wstyd i poruta, normalnie skandal na trzy powiaty.

A tak w ogóle - przeglądam ci ja strony z odzieżą, czyli jak to nazywa Najlepszy Brat Na Świecie - masturbuję się przy babskim porno, bo muszę se kupić piżamkę z rodzaju tych optymalnych. Czyli - ma być 100% bawełny, bo jak jest nawet śladowa ilość poliestru, to mi się me boskie ciało poci w nocy i mam dyskomfort duchowo-fizyczny, znaczy się cuchnę zdechłymi fiołkami i mi z tym źle, bo zwykle to pachnę jako ta truskaweczka przecudnie. Poza tym - najlepiej, żeby to była koszulka nocna, bo nienawykłam spać w spodniach, ma być taka za dupę najidealniej, cobym nie świeciła pośladem co rano, ma mieć długi rękaw, albo chociaż 3/4, bo mi ramiona marzną i boli potem, a mi musi być wygodnie podczas spania, bo sen lekki mam jak pierdnięcie motyla i mnie wszystko wnerwia. No. I wychodzi, że byłoby lepiej, jakbym sypiała nago, bo mniej ceregieli i ja się z tym oczywiście zgadzam, tylko że jeszcze upałów nie ma i będę marzła jak bumcykcyk. Tak. Toteż zwiedzam te strony sklepów internetowych, bo na internetach taniej i w dodatku nie trzeba z domu wychodzić, poza tym mają otwarte w godzinach nocnych. I się irytuję, bo dlaczegóż twórco strony jebłeś tam tyle automatycznych linków, które się otwierają w takich małych okienkach po najechaniu i mnie trafia jasna cholera i niczego zobaczyć nie mogę, bo mi ciągle coś wyskakuje i blokuje obrazki? No? Czemu?

No. Bóle egzystencjalne na dzisiejszy wieczór wypisane, czas na czyny odważne i heroiczne, tj. próbę pójścia spać. Aloha.

P.S. Oczywista, nie są to te bóle, które mję w istocie bolą. Albowiem skonstatowałam niniejszym dzisiaj, że głównym motorem mojego kruchego jestestwa jest strach i mnie to przeraziło, och haha, ironio. Ale to akurat jest temat na rozkmin, a ja mózgu do tego dzisiaj nie mam nidudu.