Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reality check. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reality check. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 września 2015

Teraz będzie na poważnie.

Wszędzie ostatnio tak głośno o syryjskich imigrantach. I se myślę - czy ja mam cokolwiek o tym pisać? Przecież moje posty są zwykle o moim własnym nierozgarnięciu, w tonie raczej głupawym. Tym bardziej, że doprawdy nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. I mam mocne podejrzenia, że będę bardzo żałować, że to tutaj wrzucam, ale muszę, bo mnie to dusi i spać nie mogę. A ja uwielbiam spać, więc coś jest na rzeczy. 

Z jednej strony mamy bowiem rozdzierające serce zdjęcia martwych dzieci na plaży, fotomontaże Banksy'ego, gdzie z pływających w wodzie trupów układa się flagę Unii Europejskiej; przejmująco płaczącego ojca z dziećmi i wszystkich tych ludzi, którzy otwierają własne domy dla uchodźców oraz nawołują do humanitaryzmu, popartego głęboką wiarą w ludzką dobroć. W mediach wciąż pokazywane są wzruszające obrazy uciekających z ogarniętego wojną i głodem kraju matek z dziećmi. I człowiek myśli - no ależ oczywiście, że trzeba im pomóc, przecież do cholery, oni nie wieją stamtąd z własnej woli, tylko z przymusu - kto by nie wiał przed biedą i śmiercią...?

Z drugiej strony mamy idiotów, chcących muzułmanów zagazować, razem z żonami i nieletnim przychówkiem, tych którzy dają się ponieść modzie na nienawidzenie "kozojebców", bo przecież oni nie piją alkoholu, więc musi być coś z nimi w chuj nie tak; którzy zawracaliby łodzie z imigrantami albo nawet topili je, dla pewności, że nie wrócą. Tych wspominam tylko dlatego, że też istnieją, chociaż jest to zaskakujące w kraju, w którym jeszcze 75 (no dobra 73, bo obozy nie zostały wprowadzone od razu) lat temu zagazowywano im dziadków; więc ci ludzie muszą naprawdę mieć łajno pod czaszką. Ale nie o nich tu chodzi, wszyscy wiedzą, że to kretyni, ale jestem w stanie pojąć, skąd się ci kretyni wzięli. Ze strachu. Bo równolegle do zdjęć martwych dzieci, pojawiają się relacje zwykłych ludzi, nie mających nic wspólnego z polityką czy dziennikarstwem. Relacje mieszkańców Włoch, Grecji, Niemiec albo po prostu turystów - którzy są świadkami tego, że do Europy nie płynie fala zestrachanych uchodźców, drżących o własne życie; ale masy rozbestwionych młodych mężczyzn (według badań ONZ - 75% całej populacji uchodźców), którzy wyrabiają sobie fałszywe syryjskie paszporty i jadą do nas szerzyć islam i siać zniszczenie. I człowiek myśli - o cholera, niedobrze, będą nas zbiorowo gwałcić i sprowadzą tutaj swoje cztery żony z piętnaściorgiem dzieci - zaleją nas, ratuj się kto może. Są też głosy, że cały ten polski strach przed imigrantami jest na wyrost, bo przecież oni i tak do nas wcale nie chcą jechać - wolą do Niemiec, Francji i Anglii, bo to bogatsze kraje, a w Polsce mleko i miód raczej nie płynie. Ale są i Ci, którzy właśnie dlatego, że nie płynie, boją się, że uchodźcy odbiorą nam i te resztki opieki medycznej, zasiłków i państwowych (to znaczy - naszych, podatników) pieniędzy. I jedni i drudzy mają rację. 

I jest jeszcze trzeci rodzaj ludzi, do których chyba właśnie ja się zaliczam, którzy, owszem, są lekko otumanieni strachem, ale nie są przy okazji debilami. To znaczy - przecież nie będziemy ich do jasnej cholery topić, ale nie powinniśmy (my w znaczeniu - Europa, nieprawdaż) przyjmować tak bezkrytycznie i absolutnie wszystkich. Tutaj jednak pojawia się problem, to znaczy - jak rozróżnić biednego uchodźcę od gwałciciela-terrorysty...? Będziemy ich pytać na granicy: "Przepraszam, ma pan może zamiar się wysadzić w warszawskim metrze?" (W ogóle to apel do terrorystów - nie róbcie tego, to jedyne metro, jakie mamy i jego budowa pochłonęła cholerną ilość czasu, jak je wysadzicie, to następne zbudują w 2115, więc teges, po prostu nie róbcie tego, plis.)

No, ale, pomijając żarty, człowiek już nie wie, w co ma wierzyć, komu wierzyć, bo prawd jest tyle, ile relacji. Niby jednak łatwiej jest dać wiarę ludziom, których się zna i wie, że nie mają w tych niepokojących relacjach żadnego innego interesu, poza zwykłym ostrzeżeniem. Ojciec mojej przyjaciółki przez lata mieszkał we Francji, teraz mieszka w Chile i na pęczki ma przykładów z integracji imigrantów - wśród muzułmanów ona po prostu nie zachodzi, nawet w którymś tam z kolei pokoleniu. Jest to niegłupi człowiek i zawsze był zdania, że z islamem nam nie po drodze, bo to kultura, której jednym z głównych założeń jest pogarda dla innych kultur. I jeśli tylko pogarda, to jeszcze byłoby całkiem spokojnie, ale niestety pojawia się też nienawiść i to nienawiść poparta autentycznymi przypadkami mordów i gwałtów na tle religijnym. Bo Polacy owszem, też nienawidzą, ale zwykle werbalnie, rzadko kiedy się do przeistacza w działanie - jakoś nie widuje się moherów z Januszami w kamizelkach z C4, wrzeszczących "Chrystus Królem Polski!", zanim się wysadzą w powietrze na stadionie. I pomimo tego, że w Polsce sprawy gwałtów nadal są traktowane marginalnie i zdawkowo - nadal jest to w naszym kraju nielegalne. Natomiast imamowie otwarcie mówią, że kobiety nienoszące hidżabu można gwałcić, bo przecież są niewierne i pokazując gołą szyję, zachęcają do czynów lubieżnych. I człowieka zaczyna ogarniać coraz większe przerażenie, bo przecież każdy uchodźca ma prawo sprowadzić tu (znowu "tu" w znaczeniu "do Europy") swoją rodzinę. W przypadku Ukraińców (którzy i tak w większości nie mają statusu uchodźcy w Polsce...) to jest najczęściej jedna żona i np. trójka dzieci. W przypadku muzułmanów to mogą być nawet i cztery żony i dwadzieścioro dzieci. Zaczyna się robić tłoczno.

Nie może sobie jednak człowiek dać spokoju i całkiem po prostu ich wszystkich nienawidzić, bo przecież wśród tych mas uchodźców na pewno są też i te nieszczęsne kobiety z dziećmi, które po prostu szukają azylu przed wojną i byłoby jednak ogromnym kurewstwem im tego azylu odmówić. Nie ich winą jest, że akurat żyją w społeczeństwie, w którym to mężczyzna jest panem i władcą, dlatego też wyjeżdża ich więcej i wyjeżdżają jako pierwsi. Poza tym, jestem przekonana, że nie wszyscy ci demoniczni muzułmanie jadą tutaj, żeby gwałcić Europejki na potęgę, kraść, mordować i siedzieć na socjalu. Jednak nie należy zapominać, że istnieje coś takiego, jak logika tłumu, więc jeśli tysiąc uchodźców uzna za swoje prawo i przywilej obrzucenie czyjegoś domu kamieniami i obrabowanie sklepu na osiedlu, to ten tysiąc pierwszy być może sobie pomyśli "W sumie, skoro wszyscy tak robią..." Być może sobie też tak nie pomyśli i będzie przeciw, ale przy takiej różnicy głosów, jego zdanie nie będzie miało znaczenia. 

I człowiek się zaczyna serio bać, wizualizując sobie to wszystko. Tym bardziej, że widzę jak dyskusja o uchodźcach dzieli ludzi, którzy na co dzień się przyjaźnią. I prawdziwość wszelkich informacji jakoś traci wtedy na znaczeniu, bo nie wiadomo, co sądzić i komu wierzyć.


Ale to przecież, tak w ogóle i poza tym, to oni są przecież daleko. I tak właściwie to nie jest mój problem, nie ja im wjechałam czołgiem w podwórko, co mnie to w ogóle. Prawda...? Tylko, że właśnie nie. Owszem, to nie myśmy (jako społeczeństwo, w sensie) podejmowali decyzje o działaniach zbrojnych na Bliskich Wschodzie. Nie my będziemy też decydować o tym ilu i kiedy uchodźców przyjmiemy. Bo przyjmiemy, nawet jeśli ani my, ani oni nie bardzo tego chcemy. I właściwie to nie ma co dywagować - proces się już rozpoczął, możemy próbować załagodzić skutki, ale nikt nie jest w stanie ich w pełni przewidzieć, więc po co narzekać? No i właśnie to, w tej całej sytuacji, w tym całym "konflikcie" Europa-Syria (albo raczej Europa-Islam), najbardziej mnie wkurza, że ja nie mam nic do powiedzenia. Nie jest ważne, czy uznam, że "tak, dawajcie tu tych uchodźców, nakarmimy chlebem i solą, niech se żyją"; albo powiem "a w życiu, won mi stąd, maso ciemna, nie będzie mi nikt meczetów pod blokiem stawiał!" - nie ode mnie zależy, co się z nimi stanie. 

Mogę sobie pisać na fb, na forach, do gazet; wszyscy możemy o tym dyskutować w domach, w pracy i przy barze - nic to nie zmieni. Ci ludzie - prawdopodobnie równie przerażeni i zmęczeni, jak my - też nie mają nic do gadania, o ich losach przesądziło kilka decyzji na wyższym szczeblu, o których przypuszczalnie nawet nie wiemy. Kilku facetów w drogich garniturach spotkało się w oszklonym biurze albo wyłożonym mahoniem gabinecie, podpisali kilka papierów, kilka milionów dolarów zmieniło właściciela i kilka miesięcy później - rzesze ludzi żyją w strachu - czy to przed uchodźcami, czy też przed tym, że nie ma gdzie uciekać. Nie wiem, jak Was, ale mnie to naprawdę denerwuje. Że nieistotne są argumenty za i przeciw - mamy tylko fragmenty prawdy i możemy próbować posklejać to wszystko znowu do kupy. Szkoda tylko, że te najważniejsze kawałki zaginęły gdzieś po drodze, schowane przez ludzi, których podobno sami sobie wybraliśmy.

wtorek, 25 sierpnia 2015

ŚwiętoCeramiczny Debil 2015.

Święto Ceramiki się skończyło. Miasto odkorkowane, ale i zaśmiecone fest. (Nota bene - znowu minęłam po drodze do pracy porzucone męskie gatki w paski - tym razem slipy - no ewidentnie paski są teraz bardzo a la mode.) Faceci w przepoconych koszulkach rozkręcają budki, a w sklepie wreszcie znowu mam dzienne światło, bo jednakowoż płyta paździerzowa jest bardzo nieprzeźroczysta i przez pięć dni miałam cimno. Alleluja.


A teraz uwaga, specjalnie dla państwa, na okazję przymusowych badań społecznych bardzo dużej i różnorodnej ciżby ludzkiej, sporządziłam osobisty plebiscyt na ŚwiętoCeramicznego Debila 2015. Jedziemy.


Miejsce XIII
Chuda kobita z rozwianym włosem, która przyłaziła ze trzy razy pytać o "takie piwo, wie pani, z niebieską etykietką, chyba jasne, ale nie wiem, może polskie, ale nie jestem pewna, chyba mocne, ale takie, żeby gorzkie nie było, ma takie pani?"

Miejsce XII
Kilkunastu Januszów, którzy błąkali się po sklepie, w którym półki się uginają od piwa, ale nic nie kupili, bo akurat nie było tego jednego, jedynego, co to nie pamiętają, jak ono się nazywało; ale pili na wakacjach w Turcji trzysta lat temu, a ono takie dobre było, tragedia.

Miejsce XI
Stary Niemiec z lampucerowatą polską żoną z żylakami na nogach, wręcz osobiście urażony, że w Polsce nigdzie nie ma niemieckich piw. Skandal oraz w ogóle najgorzej, przecież jesteśmy niemiecką kolonią i jak to tak. 

Miejsce X
Ekzekwo ze czterech pajaców, którzy kupili w przeciągu czterech dni cztery piwa, pytających o rabacik, bo oni są stałymi klientami i w ogóle to im się należy.

Miejsce IX
Młodzieniec z nieopierzonym wąsem, który nachalnie mnie pytał, ile zarobiłam na Święcie Ceramiki i czy jestem singielką. Myśli nie rozwinął, ale lada moment spodziewam się oświadczyn, jak tylko mu przedstawię rozliczenie majątkowe.

Miejsce VIII
Niezliczona ilość łysych ćwoków, którzy kompletnie nie ogarniali idei butelki zwrotnej, nie sklejając zupełnie, że do ich ukochanych Tyskich, Harnasiów i innych piw z proszku, również nalicza się kaucję za butelkę. 

Miejsce VII
Pijane babsko, które stwierdziło, że koniecznie mnie musi oświecić, że nie widać sklepu, bo mnie zastawili i czemu ja z tym nic nie zrobiłam. Kiedy jej usiłowałam wyklarować, że zrobiłam co się dało, zaoferowała, że pójdzie podpalić ceramikom budki, żeby se nie myśleli. Bardzo mnie cieszy taka ludzka troska.

Miejsce VI
Kolo w białych spodniach, przez które mu było widać kolor gaci (czy jeśli napiszę, że w paski, ktokolwiek mi uwierzy...?); który przez cztery dni wbijał po kraftowe piwo i każdą jedną flaszkę wybierał pół godziny. W piątek spędził w sklepie 1,5h, a jego kilkuletnia córka zdążyła zasnąć, siedząc na skrzynkach po piwie.

Miejsce V
Facet, który kupił cztery piwa i pytał całkiem poważnie, czy może dać piwo dzieciom, bo chcą pić, a soczki są drogie (złotypisiąt).

Miejsce IV
Mamuśka z kilkumiesięcznym dzieckiem, która stała przed sklepem około północy, ćmiąc fajkę za fajką i czekając na starego. Nic sobie przy tym nie robiła z tego, że jej biedne młode wyło z zimna, bo nie miała nawet kocyka, żeby przykryć wózek, a dzieciak leżał w samych śpioszkach i powoli siniał, bo w sobotę w nocy było 13stopni.

Miejsce III
Łysy i przypakowany szmaciarz, kurdupel niższy ode mnie, z łbem wielkości piłki tenisowej, który zwyzywał moją mamę, że butelki wrzucane do kontenera na szkło się tłuką i robią hałas, tak jakby ktokolwiek miał na to akurat wpływ. Należy tu zaznaczyć, że właśnie wracałyśmy do domu, a ja byłam tak zmęczona i wściekła, że mu kulturalnie nadmieniłam, że od starych kurew, to se może swoją świnię wyzywać i raczej niech nie skacze, bo się schylę i go cyckiem zabiję.

Miejsce II
Dwa patafiany z rozbieganymi oczami, które zdołały odczytać na butelce Primatora Double wielki napis 24% i nie mogli się nadziwić, że to ma 24 wolty. Kiedy im usiłowałam wyjaśnić, że nie ma, bo 24% to ekstrakt początkowy jest, a alkoholu ma 10,5%, to zostałam zaszczycona spojrzeniami tak pustymi, jak jakikolwiek koci żołądek o dowolnej porze dnia i usłyszałam tylko wiele mówiące: "Kurwa, co? Kurwa, nic nie rozumiem, kurwa".

Oraz last but not least, zaszczytne Miejsce I
Narąbana Typowa Andżela z makijażem robionym stemplem pocztowym oraz butelką Wojaka w dłoni, która całkiem serio chciała negocjować sponsoring typu: ja jej dam dwa piwa za darmoszkę, a ona MOŻE coś u mnie kupi. Promocja sklepu taka. No deal roku, zupełnie nie wiem, dlaczego na to nie przystałam.

Jakby co, to możecie w komentarzach wrzucać swoje propozycje przetasowania miejsc, wedle ciężkości debilizmu reprezentowanego przez laureatów. Oraz, żeby nie było tak całkiem, że smutno mi Borze, to chciałam poinformować, że w podzięce za miłą współpracę, pani z budki przede mną, podarowała mi cztery pary ceramicznych kolczyków, które sama zrobiła. Więc w ramach reklamowania fajnych osób, jakbyście potrzebowali na cito ceramiki artystycznej, to idźcie na www.artmika.com i się tam zaopatrzcie. 
A także, państwo ceramicy, którzy korzystali z toalety, zanim się okazało, że dzięki Amerykankom USA wisi mi za nowy rozdrabniacz do sracza; wręczyli mi sto złotych w ramach dołożenia się do kosztów naprawy, chociaż wcale ich o to nie prosiłam. Zrobili to po prostu w ramach propagowania "bycia miłym", bo ja byłam miła. Nie dziwcie im się, mało mnie znali, to nie wiedzieli, że ze mnie w istocie jest sytyraszna wiedźma. A tak naprawdę to wielkie podziękowania dla państwa z Sosnowieckiego Stowarzyszenia Społecznego, za bycie miłym. I naprawdę byli z Sosnowca. Można? Można.

sobota, 9 maja 2015

O debilu. Wkurw-post.

Z życia na kierowniczym stanowisku, które, z racji przeprowadzki, jest dość fantomowe, czyli się czuję jak królowa bez królestwa. Odcinek będzie, że debil. Bardzo długie, bardzo wściekłe.

Ponieważ jest taka sytuacja, że potrzebywam lokalu wentylowanego, gdyż pani ze Sanepidu nie mogłaby sobie w oczy spojrzeć w lustrze i pewnie musiałaby iść do spowiedzi ze czysta razy, gdyby przyjęła lokal bez wentylacji; to zaczęły się schody i to takie z rodzaju tych, co je budują pod każdą chińską świątynią (jakby nie mogli na płaskim...), a których przebycie ma człowieka uszlachetnić, nieprawdaż. Tutaj nadmienię, dla ludzi, którzy myślą, że się znają, że otóż nie wiecie nic, gdyż lokal znajdywa się w starym budownictwie, bez dostępu do pionu wentylacyjnego, za to ze śliczną kamienno-ceglaną ścianą, grubą na metrdwajścia, więc wywiercenie otworów pod kratki wentylacyjne jest zabawą tak ekstatyczną, że nikt się nie chce tego podejmować. Najprościej więc jest podpiąć wentylację pod okna, które mają tę zaletę, że nie są grube na metrdwajścia. A taka wielce specjalistyczna wentylacja naokienna to jest taki plastikowy kondupieś z dziurkami, który się przykleja do dziur wywierconych w okiennej framudze. No dobra, do dziur to nie, bo chyba wtedy należałoby wymyślić jakieś nowe prawa fizyki, co mocno komplikuje fizykę zastaną i kwanty się mogą wnerwić; wiadomo, że się przykleja nad tymi dziurami, no. Tak czy owak - specjalistę znaleźć trudniej niż osobowość Komorowskiego - gdzie nie zadzwoniłam tam albo w ogóle monterów nie majo wolnych do końca ćwierćwiecza, albo owszem, mają wywietrzniki, ale ich nie montują, prawdopodobnie z powodu powodów; albo z kolei monterzy są, ale u Niemców robią i podpalają cygara dorarami, więc tutaj im się nie opłaca wracać. A to jest robota na jakieś półtorej godziny, liczone razem z kawusią i/lub piwkiem. Znalazłam wreszcie jednego takiego, który był w stanie przyjść i zrobić; na użytek opowieści nazwijmy go debilem, w życiu nie zgadniecie dlaczego. Debil został mi podesłany z polecenia, jako specjalista od okien, przyszedł, obejrzał i oczywiście powiedział, że nie ma problemu, się zrobi, będzie pani zadowolona, tylko on musi te wywietrzniki zamówić w internetach, bo nie ma na stanie. W cenie stopińdziesiąt złotych polskich sztukę i pięć dyszek za robociznę. W czwartek mówił, że zamówi w piątek. W poniedziałek twierdził, że jeszcze nie doszły, ale jak tylko dojdą, jakoś w środę, to nie ma problemu, się zrobi, będzie pani zadowolona. W środę przed majówką jeszcze ich nie było, więc muszę poczekać do poniedziałku, ale w poniedziałek to już na stówkę nie ma problemu, się zrobi, będzie pani zadowolona. Już wtedy śmierdziało mi to zapełnioną kuwetą, ale ponieważ tak trudno było znaleźć kogoś do zamontowania tych idiotycznych wywietrzników, to stwierdziłam, że trudno, poczekam, no a poza tym facet już zamówił materiały, to go przecież nie wystawię, taka jestem fair i cacy. W poniedziałek okazało się, że coś mu przyszło, ale on nie wie co, ale za to we wtorek umówił się ze mną na czwartek, że wtedy podskoczy i ma problemu, się zrobi, będzie pani zadowolona. W czwartek dzwoniłam dzień cały, nie odbierał. W piątek natomiast napisał mi smsa o treści: "Jeste ZAGRANICA". 

Tera będzie mały quiz, pt. "Co stało się z panią Kierowniczką, po otrzymaniu takiego smsa?"
a) wbrew obietnicom, NIE była zadowolona
b) strzeliła ją cholera
c) krew ją nagła zalała
d) trafił ją jasny szlag
e) wszystkie powyższe oraz pierwsze objawy kurwicy padaczkowej.
Jeśli wybrałeś odpowiedź e) to gratulacje, wygrałeś cygaro podpalane dorarami. Dorary należy se załatwić we własnym zakresie. 

I to nie tylko dlatego mnie trafiło, że debil nie potrafi pisać po polsku, bo niestety jest to tak nagminne, że staje się normalne; ale oczywiście przede wszystkim dlatego, że do jasnego wuja, przeesz mi mówiłeś, krzywy ogórze, że zamontujesz, że już jutro na pewno, a teraz za granicę wyjechałeś...? Odpisałam mu, żeby mi chociaż w takim razie sprzedał te zamówione wywietrzniki, przynajmniej będę miała jedno z głowy, skoro i tak muszę szukać nowego fachowca. Napisał mi, że ich nie ma. W ogóle ich nie zamówił. Generalnie to w tym momencie puściły mi nerwy kompletnie, a kto mnie kiedykolwiek widział wściekłą, ten wie, że jest to wściekłość totalna, z rzucaniem ciężkimi rzeczami i wrzaskami w repertuarze. Cholernie żałowałam, że nie mam wolnego samochodu, bo bym pogrzała do tych Niemiec tylko po to, żeby debilowi nakopać do dupy z takim entuzjazmem, że w życiu nie zidentyfikowaliby ciała jako ludzkie. Napisałam mu zatem, że dziękuję, twoja mać, bardzo za zwodzenie mnie przez dwa tygodnie, bo jakby nie wiedział, to ja muszę czynsz zapłacić, czy zarabiam na lokalu, czy nie. A przez niego otwarcie sklepu opóźnia się o te dwa cholerne tygodnie, bo bez wywietrzników Sanepid nie przyjmie lokalu, a bez zezwolenia Sanepidu nie mam co marzyć o koncesji, nie mówiąc już o tym, że jak już ją dostanę, to muszę czekać z zakupem towaru kolejny tydzień, bo tyle trwa uprawomocnienie się decyzji. Czyli tak jakby troszeczkę zależy mi na czasie, nieprawdaż, o czym mu niejednokrotnie wspominałam. Bardzo wątpię, żeby się przejął czymkolwiek, co mu napisałam, jak znam życie to pewnie ja jestem wariatka, bo wydzwaniam do niego co dwa dni, a on jest Bogu ducha winny, uczciwy facet. 

Na domiar mojej irytacji wpływa jeszcze fakt, że co jestem w tym lokalu, żeby posprzątać, zamontować szuflady, położyć kafelki (to akurat nie ja, ja ostatnio przykleiłam sobie na stałe uszczelkę do spodni, więc się nie param); to do drzwi się dobijają ludzie, przekonani, że otwarte. "Bo pisała pani, że od maja, a mamy prawie dziesiątego i jak to tak!" Nie chce mi się nawet tłumaczyć, że pisałam, że "od połowy maja", a dziesiątego żadną miarą nie jest połową maja. Chociaż oczywiście jest mi niezwykle miło, że ludzie szukają sklepu, że chcą kupować, no ale przecież nie będę im opowiadać całej tej historii o tym, dlaczego przez trzy kawałki plastiku i jednego debila otwarcie opóźnia się tak tragicznie (pardą maj frencz - KURWA MAĆ). Ludzi to nie obchodzi. Niestety również, zdarzają się tacy, którzy wręcz z tzw. "mordą" lecą, że oszukuję i nieprawdę piszę, i w ogóle jak mogę, wiedźma. Mam ogromną ochotę odpowiedzieć, że ja to oczywiście robię specjalnie. Nie dość, że bardzo mi zależy na tym, żeby ludzie o sklepie zapomnieli, to jeszcze pasjami kocham płacić czynsz za miejsce, na którym nie zarabiam. Pasjami. 

Cóż, po piątkowo-sobotniej ogólnomiejskiej akcji pt."Kondupieś wentylacyjny", znalazłam miłego pana, który ma to we wtorek wmontować, w dodatku nic nie musi zamawiać, bo takie wywietrzniki to nie jest organiczny szafran i są dość popularne. Oraz zrobi je w cenie 80zł, już z wliczonym montażem. Czyli, teges, gdzie byłeś, piękny rycerzu dwa tygodnie temu...? Oczywiście na razie to odpukać w niemalowane (we własny łeb nie mogę, gdyż rude farbowane...), bo po ostatnich doświadczeniach to niczego nie świętuję, póki nie mam tego na papierze. Albo, w tym wypadku, na oknie. 

Zastanawia mnie tylko to, dlaczego ludzie robią takie rzeczy? Po co kłamać, że się zamówiło, obiecywać, że się coś zrobi, co on na tym zyskuje? Nie byłoby po prostu łatwiej powiedzieć: "Pani, w dupie mam, nie chce mi się." Sprawa byłaby jasna, a ja już tydzień temu miałabym Sanepid z głowy. Ale nie, to lepiej wciskać ciemnotę, nie mniejszej ciemnocie zresztą, bo w zasadzie głupia to ja jednak jestem popisowo. Tak się zafiksowałam na tym, że specjalistów jak na lekarstwo, bo mi tak powiedziano, że zamiast szukać, uczepiłam się tego debila i obudziłam się z ręką w wentylacyjnym nocniku. Mam tylko nadzieję, że mnie to czegoś nauczy i męża tak nie będę szukać :D

poniedziałek, 2 lutego 2015

Dochtor EM mnie natchniewa.

Wszyscy wiedzą, że nie jest ze mną najlepiej i ja się sama do tego otwarcie przyznaję, no bo co się będę okłamywać i tak prawda wyjdzie na jaw. Ale ostatnio to już w ogóle jest niedobrze i to całkiem dosłownie, bo problemy są natury, hmm, hmm, gastrycznej. Więc cóż, jeśli nie pomagają miętowe herbatki, ziółka w różnych postaciach oraz głęboka wiara, że gorzka czekolada ma właściwości lecznicze - wypada udać się do przychodni. W przychodni rezyduje dochtor EM, który, zaznaczam, jest człowiekiem starszym ode mnie, ale nadal mocno miłym dla oka, nie mówiąc już o tym, że ma zwyczaj prawienia mi komplementów, prawdopodobnie odruchowo, ale i tak ładnie z jego strony. W ogóle taki trochę przypał, c'nie, że pan dochtor taki miły, taki przystojny, a ja mu muszę opisywać co mi w żołądku gnije, olaboga. Przy okazji, skoro już tam polazłam, to stwierdziłam, że zagadnę dochtora w kwestii mojego chronicznego zmęczenia, które zaczyna mnie mocno irytować. Śpię po 8-9 godzin dziennie, co dla niektórych jest szczytem marzeń i ambicji, a i tak jestem śmiertelnie zmęczona, pod koniec pracy jedyne o czym marzę to własna poduszka i zaczynam dochodzić do tego stanu zmęczenia, kiedy człowiek się czuje jakby wypił pół litra na pusty żołądek. Świat się kiwa sennie, nogi nie chcą nieść i się bełkoce nieskładnie, chociaż mógłby przysiąc, że chciał z sensem. Tzn., ja oczywiście zawsze bełkocę, ale pod koniec dnia jakby bardziej. Ad meritum - powiedziałam panu dochtorowi, że mnie to przeszkadza i bym chciała się przebadać na okoliczność krzywej cukrowej i hormonów tarczycy, tak dla czystej rozrywki. Pan dochtor EM zadał mi kilka pytań rozpoznawczo-badawczych i między innymi zapytał, czy nadwagę miałam zawsze, czy tak tylko ostatnio. Nadwagę. NADWAGĘ. Zaczęłam coś tam mruczeć, że nieeee, że ja to tak tylko troszkę ostatnio przytyłam, bo taka pracę mam siedzącą i w ogóle i raczej i wcale. Pokiwał głową, uśmiechnął się, przepisał skierowania. I teraz tak - oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że tak jakby troszkę mi się przytyło ostatnio, ale zawsze mi powtarzano, że pięć kilo w tą czy w tamtą, tego wcale nie widać i nie ma się co przejmować. No owszem, ale jeśli te pięć kilo się mnoży i to zwykle jednak w tą, a nie w tamtą i w dodatku, widać gołym okiem, że mam nadwagę, to oznacza, że naprawdę nie jest dobrze. Zaznaczam również, że pan dochtor nie widuje mnie na co dzień, żeby wiedzieć, jak wyglądam bez nadwagi, czyli jest ona oczywista. Teraz to już naprawdę OLABOGA, bo przeesz tak być nie może.

Zatem niniejszym chciałam oficjalnie i publicznie panu dochtorowi EM podziękować, bo nienachalnie i nawet dość taktownie mi uzmysłowił, że czas się wziąć za siebie. I nie, że od jutra. I że tylko tak troszkę, tylko pełną parą, bo zaniedbałam się niemożliwie i basta. Ponieważ uwielbiam się umartwiać, to postanowiłam, że będę się umartwiać braniem się za siebie na blogu. Bo wprawdzie czytam go głównie ja, Swieta i jeszcze kilka (stojących jeszcze za kurtyną tajemnicy) eg, to przynajmniej się zobowiążę wobec kogoś. Bo wobec siebie samej mi nie wychodzi ni du du.

Czas start.

czwartek, 23 października 2014

Update.

No i tak. Jak tak czytam, to, co nabazgroliłam do tej pory, to wychodzi, że przeczę sama sobie radośnie, bo najpierw twierdzę, że nie jestem jakaś taka, że bułkę przez bibułkę i ani mnie nie stać na buty do każdego looku, ani nie mam na to czasu i w ogóle to cenię se wygodę, a zaraz, w następnym poście napierdalam o kremowych bucikach cierpienia. No rozdwojenie jaźni co najmniej. Trzeba będzie dopisać kolejną kolorową tabletkę do tych, co już je mam. Niedługo se z nich ułożę Tablicę Mendelejewa.

Bawię się w sklep. Konkretnie to piwo sobie sprzedaję. Piwo, zaznaczam zawczasu, również może być burżujskie i ja właśnie takie sprzedaję - rzemieślnicze, warzone i chmielone tradycyjnie, z prawdziwego chmielu różnych odmian (chmiel, jak winogrona - ma odmiany, drogie dzieci, jest nawet kilka hodowanych tylko w Polsce); z małych, rodzinnych browarów, których jest więcej, niż człowiek sobie wyobraża. I oczywiście, ponieważ jestę burżuję, to właśnie głównie takie piwo u mnie się sprzedaje, chociaż mam też takie bardziej standardowe, po które przychodzą se panowie szlachta, czerwononosy i sinolicy, więc oczywiście awansowałam na Szefową i Kierowniczkę dwojga imion. Czasem mam piękne dni, kiedy mnie nie nachodzi PanŻul, ani debilni klienci, ani po prostu debile, a każdy kto przyjdzie jest miły i zawsze coś kupi, ptaszki świergolą, słonko opromienia, jest pięknie.

Niestety, jak się można domyślać, niewiele jest takich dni, bo jeszcze bym się przyzwyczaiła, a jak wiemy przyzwyczajenie matką gnuśności. Na ten przykład dzisiaj znowu przyjechała paleta z hurtowni - bo w obliczu niemania tzw. samochodu służbowego, zamawiam piwa na palecie, dostarczanej przez Pocztę Polską, wa ich mać. I oczywiście, za kuriera znowu robił ten kretyn z wąsem, bo przyjeżdża czasem taki drugi, brunet, taki milszy troszkę. Kretyn z wąsem stwierdził, że nie ma bata, żeby paleta przeszła przez drzwi i w ogóle to ja mam próg (na cały 1cm!!) i za żadnego wuja paleciak nie podniesie się na taką wysokość. No ja śmiem wątpić, gdyż to nie jest pierwsza paleta, która do mnie przyszła i jakoś wjeżdżają se na wypasie, bo akurat drzwi do sklepu są szerokie na dwa metry i każda paleta tam wjedzie, nawet ta duża; a to była paleta euro, czyli mniejsza taka. Pal licho rozmiary, mówię facetowi, że poprzednim razem pan Milszy Brunet jakoś wjechał, a paleta była o podobnej wadze, więc niech mi tu nie odburacza maniany, ale na darmo moje tłumaczenia. Niestety, sama się przecież za paleciaka nie złapię, więc mi ją kolo zostawił pod sklepem, świstek zabrał i pojechał, oburzon wielce. I mnie farfocel zostawił z półtonową paletą, samą w deszczu. No i teraz tak - nie zostawię przecież tego na zewnątrz, bo jak się tylko obrócę, to mi samo drewno z palety zostanie, a i to niekoniecznie. Wnoszenie po skrzynce też nie bardzo wchodzi w rachubę, bo raz - taka jedna skrzynka waży 18 kilo, niby nic, bagatela, na klatę wyciskam więcej, ale przeniesienie około 30 takich skrzynek już jakby trochę daje w kość, konkretnie tą kręgosłupową. Tym bardziej, że ja nie umiem nosić ciężkich rzeczy i dźwigam nie tym co trzeba (brat mi kiedyś tłumaczył, że się nie dźwiga kręgosłupem tylko barkami, albo odwrotnie, nie pamiętam...). A dwa, to przecież będę musiała co i rusz spuszczać paletę z oka. A już się tam kręcił jeden z drugim sęp (vultur żulerus), łypiąc pożądliwie na moje piwo; a sąsiadka z góry, pani starsza (dewotka i awanturnica, mocno stuknięta zresztą), zaczęła się kręcić koło palety z pytaniami typu "O, to można brać za darmo...?". Oczywiście, twoja mać, że można, przecież mi też wszystko z hurtowni za darmoszkę dają, bo mam śliczne oczy i ładnie śpiewam. No to wzięłam parasol, siadłam na palecie po turecku, zapaliłam papierosa i czekałam na mojego brata, po którego co rychlej zadzwoniłam, jak się okazało, że Książę Paletowy herbu Pocztowa Trąba nie wwiezie mi jej do środka. Deszcz zacina, wiatr wieje, a ja jaram goździkowego burżuja i dumam nad życiem, siedząc na jakichś sześciuset butelkach piwa. Dupsko mi, pomimo tak znakomitej izolacji, deczko odmarzło, ale na szczęście Najlepszy Brat Na Świecie przygalopował rączo, zakasał rękawy i zaczął po skrzyneczce tachać, a ja stałam na warcie, ćmiąc kolejne fajki. Kocham dostawy. Między innymi dlatego, że samo wniesienie tego do sklepu to jest taka finezyjna gra wstępna, a dopiero potem zaczyna się prawdziwe pierdolenie. Się z butelkami, cenówkami, ustawieniem, wprowadzeniem na kasę i próbą zmieszczenia ochnastu pierdyliardów skrzynek na zapleczu. Siłownię mam za darmo, podźwigałam se dzisiaj, że ho, ho, rzeźba porobiona jak nic. I jeszcze w międzyczasie przylazł jakiś frędzel z KokaKoli, czy ja bym nie chciała rozpocząć współpracy. Facet śmierdział sikami. Nie bardzo mam zaufanie do ludzi śmierdzących sikami.

Generalnie to się trochę boję, chociaż ciężko się przyznać. Nie mam na czynsz, a co dopiero na reklamę, czy inne fanaberie, typu np. nowe piwa w ofercie albo zmiana naklejek na szybach, bo te są ohydne. Zresztą, jakie mają być, jak je robił największy partacz w mieście, nic dziwnego, że są na odpierdol i zasłaniają cały sklep. Facet z rodzaju tych, co to mają firmę reklamową (oczywiście faktury są wystawiane przez kogoś z drugiego końca Polski, kogo w życiu na oczy - ani żadną inną część ciała - nie widziałam), grają na weselach, fotografują, tańczą, rzeźbią i stepują, a jak znam życie to pewnie też mają przedsiębiorstwo przewozowe i sprzedają garnki po domach. Taki człowiek-orkiestra spowinowacony z człowiekiem-kupą. Oczywiście, jak mu zlecałam te okna, to wszystko było cacy, dopiero później wylazło szydło z worka, a znajomi nagle se zaczęli przypominać, że słyszeli, żeby u niego nic nie robić, bo podobno za kolesiem smród się ciągnie pieruńsko. Ludzie to są jednak fantastyczni. Nikt jakoś przed zapłaceniem mu zaliczki, słówkiem nie pisnął, że to taki klocek. A że klocek gigantyczny, się okazało jak zaczęłam negować projekty graficzne - rodem z lat '90 - neonowy glow pod literami i tekstury z Worda. Prawie się obraził, jak mu powiedziałam, że mnie nie słucha i dlatego wszystkie projekty są do dupy. Jakoś doszliśmy do porozumienia, zapłaciłam zaliczkę, czekałam oczywiście jakieś trzy dni dłużej na klejenie tych okien, a jak przyniósł te wydruki to się oczywiście okazało, że wszystko nadal jest do dupy. Druk miał być na folii perforowanej, a on przyniósł mi wydruki na kompletnie nieprzeźroczystym tle, więc okna od środka są po prostu do połowy białe. Jak w szpitalu. Podesłałam mu przykładowe obrazy, które znalazłam na necie (takie ze znakiem wodnym, w niskiej rozdzielczości), żeby się zorientował, o co mi się rozchodzi. Nawet nie miał sam robić tych projektów, tylko znaleźć odpowiedni obraz w dobrej jakości. Więc rzecz jasna wydrukował dokładnie to, co mu wysłałam, w rozdzielczości odpowiedniej dla smartfona, a nie okna o powierzchni 4m2, więc przechodniów atakuje taka oczojebna pikseloza. Myślałam, że mnie szlag trafi na miejscu i w zaświaty taka wkurwiona pójdę. Co gorsza nie chciał oczywiście zwrócić mi zapłaconej zaliczki, bo przecież wydrukował. Nieważnie, że nie na tym, co chciałam i nie to, co chciałam. W ogóle, mógł mi nadrukować tam kopulujące króliczki albo fotki z ruskich portali społecznościowych, w sumie na to samo by wyszło. Nie chcę się tu zagłębiać w całość tego smrodu, dość powiedzieć, że okna, zamiast wyróżniać sklep na ulicy, kompletnie go zasłaniają i sprawiają, że jest ponury. A na dokładkę, ten krzywy ogór nawrzeszczał na moją mamę. Na mnie se może wrzeszczeć, nie to, że lubię, ale przynajmniej mam powód, żeby na niego też nawrzeszczeć, ale od mojej rodziny wara. Czasami żałuję, że nie umiem celnie rzucać nożami, na przykład w oczy. Powinnam pewnie też żałować, że to w naszym kraju jest nielegalne, ale jakoś bym to przeskoczyła. 


No tak se właśnie się bawię w sklep. Jak byłam mała, to uwielbiałam bawić się w sklep, nigdy wprawdzie nie miałam jakiegoś zestawu do zabawy, wzdychałam tylko do takich pięknych drewnianych straganików z drewnianymi warzywami i drewnianym mięsem, które było pokrojone i złożone w całość za pomocą magnesów, a można je było sprzedawać w częściach (!), z monetami z prawdziwego metalu w drewnianej kasie; które widziałam w niemieckich katalogach z zabawkami; ale wymyślałam sobie, że np. pracuję w papierniczym i sprzedawałam pinezki na sztuki. W tajemnicy Wam powiem, że rzeczywistość jest dużo bardziej.