Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marudzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marudzenie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2015

Swaty.

Pierwszy odcinek zapewne pokaźnej serii opowieści o tym, jak to znowu nie zdobyłam menża, tym razem będzie o swatach, czyli dlaczego kochająca rodzina warunkiem szczęśliwego zamonżpójścia. W dodatku długie mi to wyszło w cholerę, więc lepiej se to zostawcie na posiadówkę w kiblu albo co. Historyjka jest letko tylko ubarwiona, dla beki pozostawię czytelnikom decyzję, co do tego, które części są fantazyjnie pokolorowane, a które wcale nie.

Posiadam ci ja babcię. Babcia, jak babcia, klasyka gatunku: włos siwy, szczęka sztuczna, uśmiech dobrotliwy. W dłoniach zwykle siatka taka w paski, z rodzaju tych peerelowskich toreb, które są w stanie przetrwać powódź, wybuch nuklearny oraz atak obcych, prawdopodobnie zresztą naraz. Babcia zwykle nosi do trepków grube skarpety w prążki, a na lato przywdziewa do tych samych trepków cieńsze skarpety w prążki. Babcia klnie jak szewc i zajmuje się głównie wiszeniem w oknie i ochotniczym monitoringiem osiedlowym. Babcia kiedyś chodziła o lasce, teraz ma chodzik, ale nadal chodzi o lasce, bo "przecież nie będzie jak stara baba z chodzikiem popierdalać". Babcia ma własne mieszkanie, bardzo ładnie urządzone w stylu "bardzo późne rokokoko", delikatnie złamane nowofalową szkołą aranżacji wnętrz Bierdąki; chociaż ostatnio pomieszkuje w kościele. Podobno tam chłodniej. Babcia nie wie, że istnieje takie śliczne pojęcie jak "matriarchat", ale nie przeszkadza jej to w namiętnym i straszliwym jego uskutecznianiu. Srebrnowłosa staruszka o głosie żony Świętego Mikołaja, niczym rycerze średniowieczni, nigdy nie występuje jako jednostka, ale zawsze jawi się samotrzeć - ona plus, w charakterze maskotki, moja 32-letnia kuzynka, która właściwie nigdy nic nie mówi, za to bardzo dużo się gapi; oraz moja ciotka, która dla odmiany mówi za czterech i ma zeza tak radosnego, że właściwie można uznać, że gapi się na wszystko na raz. Kuzynka jest lekko stuknięta, co u nas, jak widać, rodzinne jest niezwykle (dowody ze stosowną pieczątką oraz odpowiednią dokumentacją fotograficzną na życzenie); zwykle ubiera się w sukienki, które wyglądają jak becik z trenem oraz ma chroniczny katar, więc łazi z haftowaną w kwiotki chusteczką rozmiaru prześcieradła. Natomiast ciotka ma paniczny wytrzeszcz (ORAZ zeza - no sami przyznacie, że rodzinę mam wyjątkową) i rokrocznie w Wigilię opowiada historię o kocie. Leci to tak: choinka, świeczki, prawda, opłatek już zeżarty, karp wjeżdża na stół, a ciotka swoje - "Bo wiecie co normalnie Lodzia ma takiego kotecka i ten kotecek jest taki mądry że nie musi siurać do pudełeczka z piaseczkiem ale załatwia się sam do kibelka tylko mu trzeba deseczkę podnieść i on tam siura takie to śmieszne hahaha". HA HA HA. Cytat bardzo dokładny, możecie mi wierzyć. Babcia autorytatywnie zarządza całym domostwem, od mojej wiecznie zakatarzonej kuzynki, poprzez moją taktowną jak Janusz na wczasach ciotkę, kończąc wreszcie na wszystkich sąsiadach z klatki, którzy, podejrzewam, nieco się mojej babci boją. Ostatnio jednak babcia stwierdziła, że czas najwyższy przedsięwziąć kroki, żeby wpłynąć na znaczną poprawę życia swojej drugiej wnusi, czyli Waszej uniżonej Karolajny, Siostry Wielokrotnie Przełożonej. Szczególnie oczywiście w kwestii zamążpójścia, bo babcia przeboleć nie może tego, że córka rzeczonej Lodzi od kotecka, już trzy lata po ślubie, natomiast żadnemu z jej wnucząt nie było jeszcze dane zaznać tego szczęścia. Stąd właśnie wynikły tragiczne wydarzenia, które są meritum wpisu.

Imieniny mojej babci wyprawiane były w sobotę, a ponieważ natenczas byłam bezrobotną ofiarą idiotycznego i nieżyciowego kierunku studiów, zostałam oddelegowana do uczestnictwa. Zbrojna zatem w wielki bukiet gerber, który został okrzyknięty za drogim oraz własnej roboty sernik, który oczywiście i tak jest za słodki i w ogóle to niedopieczony, przybyłam w babcine progi. Bukiet został tradycyjnie wciśnięty w okrutnie tandetny i paskudnie już odrapany wazon, zdobny w dwa cierpiące na debilizm białe kociaki pod parasolką, znane od dzieciństwa mnie i mojemu bratu jako Sęp i Klęp. Ów szpetny porcelanowy tworek jest którymś z kolei bożonarodzeniowym darem od Lodzi, z jej ogromnej autorskiej kolekcji pt. "Pomniki kiczu". Sama Lodzia siedziała, zapewne od rana, rozparta po drugiej stronie imieninowego stołu, łypiąc na mnie czarnymi, świńskimi oczkami. Jest ona jedyną sąsiadką, którą z babcią łączy coś na zasadzie długoletniej przyjaźni, podsycanej nienawiścią do tych samych osiedlowych wywłok oraz miłością do tych samych brazylijskich seriali. Lodzia jest tandetnie ubraną, niespecjalnie lotną paniusią ze wsi, której największym osiągnięciem było wydanie się za miastowego oraz wychowanie dwóch córek z dokładnie takim samym pragnieniem życiowym. Jedna z nich, którą zawsze nazywam Zwyczajnie Aśką, (co niemożebnie ją wnerwia, bo ona przecież ma tak pięknie na imię - Żaneta), siedziała rozparta - a rozpierać miała co - obok mamusi, obdarzając mnie pogardliwym spojrzeniem znad upaćkanych niebieskim cieniem powiek oraz ostentacyjnie oglądając wielki, bardzo brzydki i ewidentnie fałszywy złoty pierścionek z paskudnym szklanym oczkiem. Błędnie biorąc mój powitalny uśmiech za oznakę zainteresowania, nie omieszkała mnie poinformować, że się zaręczyła właśnie i planują ślub na wiosnę. Promieniała przy tym dumą, gdyż, w przeciwieństwie do swojej starszej siostry, Andżeli (ja naprawdę tego nie wymyślam) udało jej się zmusić swojego faceta do oświadczyn, ZANIM zaszła z nim w ciążę, zatem jest to związek prawdziwy, pełny i z klasą.

Czas mijał przy nieustannie napędzanych ciocinym słowotokiem dyskusjach o sukni ślubnej Zwyczajnie Aśki, która najnowszą modą będzie wprawdzie krótka, za to wysadzana kryształkami oraz DROGA, żebyście se nie myśleli. Babcia kontynuowała odwieczną krucjatę na rzecz napiętnowania nigodziwości, tym razem wieszając psy na nieznanej mi bliżej dziwce z trzeciego piętra, która daje tylko dwa ziko na tacę, a się wozi mercem, szmata. Na stole piętrzyły się andruty, czyli jedyny rodzaj czegoś w rodzaju deseru, który ciotka jest w stanie wykonać oraz całe michy zjawiskowo paskudnej sałatki ziemniaczanej, również dzieła mojej ciotki - osoby, która w żadnym wypadku nie powinna zostać wpuszczona do kuchni, nawet celem umycia naczyń. O ostatnim może świadczyć upstrzona zaschniętą resztką jakiegoś nieszczęsnego owocu literatka z wyblakłym Papą Smerfem, w którym to naczyniu zaserwowano mi sok pomarańczowy o silnym aromacie benzoesanu sodu; prawdopodobnie wychodząc z założenia, że nieistotne jest, czy mam lat trzynaście czy trzydzieści, skoro jestem niezamężna, to mi się normalna szklanka nie należy. Dziobałam wiec nieprzekonująco tę nieszczęsną sałatkę, a po mojej lewicy, urocza kuzynka smarkała raz po raz, za każdym razem chowając coraz bardziej wilgotną chusteczkę w rękaw swojego białego becika. Czas płynął powoli i nieubłaganie, a ja radośnie śledziłam wskazówki zegara, na którego tarczy pstrokaty Jezus Chrystus, ze świecącą diodami koroną wpatrywał się natchniony w powieszony obok pseudobawarski landszaft z jelonkiem Bambi w samym centrum. Babcia jednak miała przygotowane dla mnie zupełnie inne sobotnie plany.

(Tu se Państwo zacznie czytać głosem Wołoszańskiego, dla lepszego efektu.) Około bowiem godziny drugiej, kiedy jedna ze wskazówek dźgała Chrystusa w oko, a na stół wjechała wiśnióweczka (Papa Smerf się ucieszy); przybył Młodzian. Młodzian przybył z pompą, dzierżąc w pulchnych dłoniach mocno sfatygowaną różyczkę, która została z czcią wciśnięta do mojego bukietu; odziany ni mniej ni więcej tylko w maturalny gajerek, z nieco przykrótkimi - jak zauważyłam - nogawkami. Przybysz zamaszyście się skłonił babci, która teatralnym kiwnięciem głowy wskazała mu moją skromną osobę, pijącą właśnie sok z Papy Smerfa. Moje podejrzenia zaczęły wtedy nabierać obrzydliwego w swojej słuszności kształtu - babcia naraiła mi absztyfikanta. Młodzian przygładził tłuste włoski, chwycił bezceremonialnie moją dłoń i podrywając ją do poziomu swojej gęby, oślinił mi pieczołowicie cały nadgarstek. Kiedy cichaczem wycierałam rękę w obrus, Młodzian gwacnął obok mnie, na pustym dotychczas krześle, które - do czego z niechęcią doszłam - było dla niego zarezerwowane. Dopiero teraz zauważyłam, że szczycił się on patriotycznym polskim wąsem, trochę tu i ówdzie nieopierzonym, ale nie to było najgorsze. Jakby to tu Państwu... No, generalnie, Państwo se wystawią, że mężczyzna narajony mi przez babcię, był dumnym posiadaczem najobrzydliwszych warg, jakie w życiu widziałam. Żadne słowa nie opiszą tego cudu bijologii, ale spróbuję - były wielkie i jakby wywinięte na zewnątrz, tak że tzw. mięso z wnętrza jamy ustnej wyłaziło na świat; całość przypominała dwa czerwono-różowe ślimaki bez skorup, pełznące po ryju nieszczęśnika. Patrzyłam z przeraźliwą fascynacją na to świństwo, kiedy to Młodzian obrócił ku mnie błyszczącą od potu gębę i wyszczerzył zęby. Po niewczasie zorientowałam się, że moje gapienie się zapewne zostało opacznie zrozumiane. Natychmiast zajęłam się sałatką (czy majonez powinien być zielony...?), ale było już za późno. Młodzian rozpoczął perorę na swój temat, wypowiadaną ogólnie do świata, ale w szczególności niestety do mnie. Otóż dowiedziałam się, że skończył politologię na Legnickim Uniwersytecie Malowania Gumiaków (gwoli ścisłości - Legnica nie posiada Uniwersytetu, ani tego ani w ogóle żadnego. Posiada za to ogromną ilość prywatnych szkół wyższych, pełnych bardzo ładnie brzmiących kierunków, po których rzecz jasna nie ma się pracy, ale co gorsza nie ma się również wykształcenia. Owszem, zdobywa się magistra, ale głównie dlatego, że za niego się zapłaci. Ta konkretna szkoła jest bardzo popularna wśród ludzi z mojego regionu, ludzi, dodajmy, którzy nie zdali matury za pierwszym podejściem, wylecieli z innych studiów albo po prostu do żadnej innej szkoły się nie dostali.). Młodzian nie omieszkał także wspomnieć o ledwie kilku innych detalach ze swego, jakże fascynującego, życia - otóż: ma na imię Gienek, pasjonuje się kulturystyką oraz ogrodnictwem, uwielbia dzieci, chce mieć ich troje, najlepiej synów, jego rodzice mają dom na wsi, ale nie taki chujowy z oborą i świniami, tylko lepsiejszy, z patjo z grecką kolumną (jedną); lubi dobrze zjeść, jego idealna kobieta musi umieć gotować golonkę, ale lubi także pić piwo z kolegami, których ma w cholerę, często grają w piłę, bo on kocha piłę, ale także uwielbia zwierzęta, szczególnie śliniące się psy rozmiaru koni, oczywiście ma samochód, nie audicę, ale też z Niemiec, zamierza robić w polityce, bo tam są piniądze, jest także utalentowany muzycznie, bo dorabia jako didżej na weselach oraz interesuje się fotografią, gdyż ma aparat za pińć tysięcy złotych polskich. Mniej więcej w połowie tego niewiarygodnie egotycznego słowotoku, spodziewałam się, że Młodzian wyciągnie z kieszeni przyciasnych spodni obskurne pudełeczko z czymś w rodzaju tego błyszczącego żółcią tombaku pierścionka, którym szpanowała kiwająca zapalczywie głową Zwyczajnie Aśka, ale nie. Złapał tylko pod stołem moją dłoń, a miał lepkie, wilgotne i jakby gąbczaste paluchy; natomiast ja, zapewne z powodu przytłaczającego ciężaru wspaniałości osoby Młodziana, poczułam jak gwałtowne torsje ściskają mój i tak już wymęczony ciociną sałatką żołądek. Do tej pory wpatrywałam się tylko z rosnącym zdumieniem graniczącym z fascynacją w Papę Smerfa, zastanawiając się, czy nie zacząć symulować ataku wyrostka albo udać, że nagle złamałam nogę na siedząco. Teraz jednakowoż, oczywiście ze strachu przed tak silnym i imponującym mężczyzną, jakim niewątpliwie był Młodzian, zerwałam się z krzesła, które uderzyło głośno w stojącą za nim gierkowską meblościankę, wymamrotałam w kierunku babci wątłe "do widzenia" i nie zważając na ofertę Młodziana w kwestii odprowadzenia mnie do domu, niemalże sfrunęłam z babcinego drugiego piętra.

Potem pozostawało mi tylko przecierpieć kilka tygodni nie odpowiadania na smsy w stylu "Nie będę wiecznie czekał na odpowieć jak nie chcesz to nie a nie mnie zwodzisz" i nie odbierania telefonu, bo babcia oczywiście nie omieszkała podać Młodzianowi mojego numeru. Pamiętajcie, moje drogie, że jak człowiek młody, to głupi bardzo i takie mu okazje przed nosem uciekają, że olaboga, więc potraktujcie tę historyję jako przypowieść z morałę. Ledwie kilka lekko tylko koszmarnych sennych mar i zapomniałam o wywiniętych ustach, niedorobionym wąsiku i gąbczastych dłoniach; a mogły być moje...

sobota, 9 maja 2015

O debilu. Wkurw-post.

Z życia na kierowniczym stanowisku, które, z racji przeprowadzki, jest dość fantomowe, czyli się czuję jak królowa bez królestwa. Odcinek będzie, że debil. Bardzo długie, bardzo wściekłe.

Ponieważ jest taka sytuacja, że potrzebywam lokalu wentylowanego, gdyż pani ze Sanepidu nie mogłaby sobie w oczy spojrzeć w lustrze i pewnie musiałaby iść do spowiedzi ze czysta razy, gdyby przyjęła lokal bez wentylacji; to zaczęły się schody i to takie z rodzaju tych, co je budują pod każdą chińską świątynią (jakby nie mogli na płaskim...), a których przebycie ma człowieka uszlachetnić, nieprawdaż. Tutaj nadmienię, dla ludzi, którzy myślą, że się znają, że otóż nie wiecie nic, gdyż lokal znajdywa się w starym budownictwie, bez dostępu do pionu wentylacyjnego, za to ze śliczną kamienno-ceglaną ścianą, grubą na metrdwajścia, więc wywiercenie otworów pod kratki wentylacyjne jest zabawą tak ekstatyczną, że nikt się nie chce tego podejmować. Najprościej więc jest podpiąć wentylację pod okna, które mają tę zaletę, że nie są grube na metrdwajścia. A taka wielce specjalistyczna wentylacja naokienna to jest taki plastikowy kondupieś z dziurkami, który się przykleja do dziur wywierconych w okiennej framudze. No dobra, do dziur to nie, bo chyba wtedy należałoby wymyślić jakieś nowe prawa fizyki, co mocno komplikuje fizykę zastaną i kwanty się mogą wnerwić; wiadomo, że się przykleja nad tymi dziurami, no. Tak czy owak - specjalistę znaleźć trudniej niż osobowość Komorowskiego - gdzie nie zadzwoniłam tam albo w ogóle monterów nie majo wolnych do końca ćwierćwiecza, albo owszem, mają wywietrzniki, ale ich nie montują, prawdopodobnie z powodu powodów; albo z kolei monterzy są, ale u Niemców robią i podpalają cygara dorarami, więc tutaj im się nie opłaca wracać. A to jest robota na jakieś półtorej godziny, liczone razem z kawusią i/lub piwkiem. Znalazłam wreszcie jednego takiego, który był w stanie przyjść i zrobić; na użytek opowieści nazwijmy go debilem, w życiu nie zgadniecie dlaczego. Debil został mi podesłany z polecenia, jako specjalista od okien, przyszedł, obejrzał i oczywiście powiedział, że nie ma problemu, się zrobi, będzie pani zadowolona, tylko on musi te wywietrzniki zamówić w internetach, bo nie ma na stanie. W cenie stopińdziesiąt złotych polskich sztukę i pięć dyszek za robociznę. W czwartek mówił, że zamówi w piątek. W poniedziałek twierdził, że jeszcze nie doszły, ale jak tylko dojdą, jakoś w środę, to nie ma problemu, się zrobi, będzie pani zadowolona. W środę przed majówką jeszcze ich nie było, więc muszę poczekać do poniedziałku, ale w poniedziałek to już na stówkę nie ma problemu, się zrobi, będzie pani zadowolona. Już wtedy śmierdziało mi to zapełnioną kuwetą, ale ponieważ tak trudno było znaleźć kogoś do zamontowania tych idiotycznych wywietrzników, to stwierdziłam, że trudno, poczekam, no a poza tym facet już zamówił materiały, to go przecież nie wystawię, taka jestem fair i cacy. W poniedziałek okazało się, że coś mu przyszło, ale on nie wie co, ale za to we wtorek umówił się ze mną na czwartek, że wtedy podskoczy i ma problemu, się zrobi, będzie pani zadowolona. W czwartek dzwoniłam dzień cały, nie odbierał. W piątek natomiast napisał mi smsa o treści: "Jeste ZAGRANICA". 

Tera będzie mały quiz, pt. "Co stało się z panią Kierowniczką, po otrzymaniu takiego smsa?"
a) wbrew obietnicom, NIE była zadowolona
b) strzeliła ją cholera
c) krew ją nagła zalała
d) trafił ją jasny szlag
e) wszystkie powyższe oraz pierwsze objawy kurwicy padaczkowej.
Jeśli wybrałeś odpowiedź e) to gratulacje, wygrałeś cygaro podpalane dorarami. Dorary należy se załatwić we własnym zakresie. 

I to nie tylko dlatego mnie trafiło, że debil nie potrafi pisać po polsku, bo niestety jest to tak nagminne, że staje się normalne; ale oczywiście przede wszystkim dlatego, że do jasnego wuja, przeesz mi mówiłeś, krzywy ogórze, że zamontujesz, że już jutro na pewno, a teraz za granicę wyjechałeś...? Odpisałam mu, żeby mi chociaż w takim razie sprzedał te zamówione wywietrzniki, przynajmniej będę miała jedno z głowy, skoro i tak muszę szukać nowego fachowca. Napisał mi, że ich nie ma. W ogóle ich nie zamówił. Generalnie to w tym momencie puściły mi nerwy kompletnie, a kto mnie kiedykolwiek widział wściekłą, ten wie, że jest to wściekłość totalna, z rzucaniem ciężkimi rzeczami i wrzaskami w repertuarze. Cholernie żałowałam, że nie mam wolnego samochodu, bo bym pogrzała do tych Niemiec tylko po to, żeby debilowi nakopać do dupy z takim entuzjazmem, że w życiu nie zidentyfikowaliby ciała jako ludzkie. Napisałam mu zatem, że dziękuję, twoja mać, bardzo za zwodzenie mnie przez dwa tygodnie, bo jakby nie wiedział, to ja muszę czynsz zapłacić, czy zarabiam na lokalu, czy nie. A przez niego otwarcie sklepu opóźnia się o te dwa cholerne tygodnie, bo bez wywietrzników Sanepid nie przyjmie lokalu, a bez zezwolenia Sanepidu nie mam co marzyć o koncesji, nie mówiąc już o tym, że jak już ją dostanę, to muszę czekać z zakupem towaru kolejny tydzień, bo tyle trwa uprawomocnienie się decyzji. Czyli tak jakby troszeczkę zależy mi na czasie, nieprawdaż, o czym mu niejednokrotnie wspominałam. Bardzo wątpię, żeby się przejął czymkolwiek, co mu napisałam, jak znam życie to pewnie ja jestem wariatka, bo wydzwaniam do niego co dwa dni, a on jest Bogu ducha winny, uczciwy facet. 

Na domiar mojej irytacji wpływa jeszcze fakt, że co jestem w tym lokalu, żeby posprzątać, zamontować szuflady, położyć kafelki (to akurat nie ja, ja ostatnio przykleiłam sobie na stałe uszczelkę do spodni, więc się nie param); to do drzwi się dobijają ludzie, przekonani, że otwarte. "Bo pisała pani, że od maja, a mamy prawie dziesiątego i jak to tak!" Nie chce mi się nawet tłumaczyć, że pisałam, że "od połowy maja", a dziesiątego żadną miarą nie jest połową maja. Chociaż oczywiście jest mi niezwykle miło, że ludzie szukają sklepu, że chcą kupować, no ale przecież nie będę im opowiadać całej tej historii o tym, dlaczego przez trzy kawałki plastiku i jednego debila otwarcie opóźnia się tak tragicznie (pardą maj frencz - KURWA MAĆ). Ludzi to nie obchodzi. Niestety również, zdarzają się tacy, którzy wręcz z tzw. "mordą" lecą, że oszukuję i nieprawdę piszę, i w ogóle jak mogę, wiedźma. Mam ogromną ochotę odpowiedzieć, że ja to oczywiście robię specjalnie. Nie dość, że bardzo mi zależy na tym, żeby ludzie o sklepie zapomnieli, to jeszcze pasjami kocham płacić czynsz za miejsce, na którym nie zarabiam. Pasjami. 

Cóż, po piątkowo-sobotniej ogólnomiejskiej akcji pt."Kondupieś wentylacyjny", znalazłam miłego pana, który ma to we wtorek wmontować, w dodatku nic nie musi zamawiać, bo takie wywietrzniki to nie jest organiczny szafran i są dość popularne. Oraz zrobi je w cenie 80zł, już z wliczonym montażem. Czyli, teges, gdzie byłeś, piękny rycerzu dwa tygodnie temu...? Oczywiście na razie to odpukać w niemalowane (we własny łeb nie mogę, gdyż rude farbowane...), bo po ostatnich doświadczeniach to niczego nie świętuję, póki nie mam tego na papierze. Albo, w tym wypadku, na oknie. 

Zastanawia mnie tylko to, dlaczego ludzie robią takie rzeczy? Po co kłamać, że się zamówiło, obiecywać, że się coś zrobi, co on na tym zyskuje? Nie byłoby po prostu łatwiej powiedzieć: "Pani, w dupie mam, nie chce mi się." Sprawa byłaby jasna, a ja już tydzień temu miałabym Sanepid z głowy. Ale nie, to lepiej wciskać ciemnotę, nie mniejszej ciemnocie zresztą, bo w zasadzie głupia to ja jednak jestem popisowo. Tak się zafiksowałam na tym, że specjalistów jak na lekarstwo, bo mi tak powiedziano, że zamiast szukać, uczepiłam się tego debila i obudziłam się z ręką w wentylacyjnym nocniku. Mam tylko nadzieję, że mnie to czegoś nauczy i męża tak nie będę szukać :D

czwartek, 23 października 2014

Update.

No i tak. Jak tak czytam, to, co nabazgroliłam do tej pory, to wychodzi, że przeczę sama sobie radośnie, bo najpierw twierdzę, że nie jestem jakaś taka, że bułkę przez bibułkę i ani mnie nie stać na buty do każdego looku, ani nie mam na to czasu i w ogóle to cenię se wygodę, a zaraz, w następnym poście napierdalam o kremowych bucikach cierpienia. No rozdwojenie jaźni co najmniej. Trzeba będzie dopisać kolejną kolorową tabletkę do tych, co już je mam. Niedługo se z nich ułożę Tablicę Mendelejewa.

Bawię się w sklep. Konkretnie to piwo sobie sprzedaję. Piwo, zaznaczam zawczasu, również może być burżujskie i ja właśnie takie sprzedaję - rzemieślnicze, warzone i chmielone tradycyjnie, z prawdziwego chmielu różnych odmian (chmiel, jak winogrona - ma odmiany, drogie dzieci, jest nawet kilka hodowanych tylko w Polsce); z małych, rodzinnych browarów, których jest więcej, niż człowiek sobie wyobraża. I oczywiście, ponieważ jestę burżuję, to właśnie głównie takie piwo u mnie się sprzedaje, chociaż mam też takie bardziej standardowe, po które przychodzą se panowie szlachta, czerwononosy i sinolicy, więc oczywiście awansowałam na Szefową i Kierowniczkę dwojga imion. Czasem mam piękne dni, kiedy mnie nie nachodzi PanŻul, ani debilni klienci, ani po prostu debile, a każdy kto przyjdzie jest miły i zawsze coś kupi, ptaszki świergolą, słonko opromienia, jest pięknie.

Niestety, jak się można domyślać, niewiele jest takich dni, bo jeszcze bym się przyzwyczaiła, a jak wiemy przyzwyczajenie matką gnuśności. Na ten przykład dzisiaj znowu przyjechała paleta z hurtowni - bo w obliczu niemania tzw. samochodu służbowego, zamawiam piwa na palecie, dostarczanej przez Pocztę Polską, wa ich mać. I oczywiście, za kuriera znowu robił ten kretyn z wąsem, bo przyjeżdża czasem taki drugi, brunet, taki milszy troszkę. Kretyn z wąsem stwierdził, że nie ma bata, żeby paleta przeszła przez drzwi i w ogóle to ja mam próg (na cały 1cm!!) i za żadnego wuja paleciak nie podniesie się na taką wysokość. No ja śmiem wątpić, gdyż to nie jest pierwsza paleta, która do mnie przyszła i jakoś wjeżdżają se na wypasie, bo akurat drzwi do sklepu są szerokie na dwa metry i każda paleta tam wjedzie, nawet ta duża; a to była paleta euro, czyli mniejsza taka. Pal licho rozmiary, mówię facetowi, że poprzednim razem pan Milszy Brunet jakoś wjechał, a paleta była o podobnej wadze, więc niech mi tu nie odburacza maniany, ale na darmo moje tłumaczenia. Niestety, sama się przecież za paleciaka nie złapię, więc mi ją kolo zostawił pod sklepem, świstek zabrał i pojechał, oburzon wielce. I mnie farfocel zostawił z półtonową paletą, samą w deszczu. No i teraz tak - nie zostawię przecież tego na zewnątrz, bo jak się tylko obrócę, to mi samo drewno z palety zostanie, a i to niekoniecznie. Wnoszenie po skrzynce też nie bardzo wchodzi w rachubę, bo raz - taka jedna skrzynka waży 18 kilo, niby nic, bagatela, na klatę wyciskam więcej, ale przeniesienie około 30 takich skrzynek już jakby trochę daje w kość, konkretnie tą kręgosłupową. Tym bardziej, że ja nie umiem nosić ciężkich rzeczy i dźwigam nie tym co trzeba (brat mi kiedyś tłumaczył, że się nie dźwiga kręgosłupem tylko barkami, albo odwrotnie, nie pamiętam...). A dwa, to przecież będę musiała co i rusz spuszczać paletę z oka. A już się tam kręcił jeden z drugim sęp (vultur żulerus), łypiąc pożądliwie na moje piwo; a sąsiadka z góry, pani starsza (dewotka i awanturnica, mocno stuknięta zresztą), zaczęła się kręcić koło palety z pytaniami typu "O, to można brać za darmo...?". Oczywiście, twoja mać, że można, przecież mi też wszystko z hurtowni za darmoszkę dają, bo mam śliczne oczy i ładnie śpiewam. No to wzięłam parasol, siadłam na palecie po turecku, zapaliłam papierosa i czekałam na mojego brata, po którego co rychlej zadzwoniłam, jak się okazało, że Książę Paletowy herbu Pocztowa Trąba nie wwiezie mi jej do środka. Deszcz zacina, wiatr wieje, a ja jaram goździkowego burżuja i dumam nad życiem, siedząc na jakichś sześciuset butelkach piwa. Dupsko mi, pomimo tak znakomitej izolacji, deczko odmarzło, ale na szczęście Najlepszy Brat Na Świecie przygalopował rączo, zakasał rękawy i zaczął po skrzyneczce tachać, a ja stałam na warcie, ćmiąc kolejne fajki. Kocham dostawy. Między innymi dlatego, że samo wniesienie tego do sklepu to jest taka finezyjna gra wstępna, a dopiero potem zaczyna się prawdziwe pierdolenie. Się z butelkami, cenówkami, ustawieniem, wprowadzeniem na kasę i próbą zmieszczenia ochnastu pierdyliardów skrzynek na zapleczu. Siłownię mam za darmo, podźwigałam se dzisiaj, że ho, ho, rzeźba porobiona jak nic. I jeszcze w międzyczasie przylazł jakiś frędzel z KokaKoli, czy ja bym nie chciała rozpocząć współpracy. Facet śmierdział sikami. Nie bardzo mam zaufanie do ludzi śmierdzących sikami.

Generalnie to się trochę boję, chociaż ciężko się przyznać. Nie mam na czynsz, a co dopiero na reklamę, czy inne fanaberie, typu np. nowe piwa w ofercie albo zmiana naklejek na szybach, bo te są ohydne. Zresztą, jakie mają być, jak je robił największy partacz w mieście, nic dziwnego, że są na odpierdol i zasłaniają cały sklep. Facet z rodzaju tych, co to mają firmę reklamową (oczywiście faktury są wystawiane przez kogoś z drugiego końca Polski, kogo w życiu na oczy - ani żadną inną część ciała - nie widziałam), grają na weselach, fotografują, tańczą, rzeźbią i stepują, a jak znam życie to pewnie też mają przedsiębiorstwo przewozowe i sprzedają garnki po domach. Taki człowiek-orkiestra spowinowacony z człowiekiem-kupą. Oczywiście, jak mu zlecałam te okna, to wszystko było cacy, dopiero później wylazło szydło z worka, a znajomi nagle se zaczęli przypominać, że słyszeli, żeby u niego nic nie robić, bo podobno za kolesiem smród się ciągnie pieruńsko. Ludzie to są jednak fantastyczni. Nikt jakoś przed zapłaceniem mu zaliczki, słówkiem nie pisnął, że to taki klocek. A że klocek gigantyczny, się okazało jak zaczęłam negować projekty graficzne - rodem z lat '90 - neonowy glow pod literami i tekstury z Worda. Prawie się obraził, jak mu powiedziałam, że mnie nie słucha i dlatego wszystkie projekty są do dupy. Jakoś doszliśmy do porozumienia, zapłaciłam zaliczkę, czekałam oczywiście jakieś trzy dni dłużej na klejenie tych okien, a jak przyniósł te wydruki to się oczywiście okazało, że wszystko nadal jest do dupy. Druk miał być na folii perforowanej, a on przyniósł mi wydruki na kompletnie nieprzeźroczystym tle, więc okna od środka są po prostu do połowy białe. Jak w szpitalu. Podesłałam mu przykładowe obrazy, które znalazłam na necie (takie ze znakiem wodnym, w niskiej rozdzielczości), żeby się zorientował, o co mi się rozchodzi. Nawet nie miał sam robić tych projektów, tylko znaleźć odpowiedni obraz w dobrej jakości. Więc rzecz jasna wydrukował dokładnie to, co mu wysłałam, w rozdzielczości odpowiedniej dla smartfona, a nie okna o powierzchni 4m2, więc przechodniów atakuje taka oczojebna pikseloza. Myślałam, że mnie szlag trafi na miejscu i w zaświaty taka wkurwiona pójdę. Co gorsza nie chciał oczywiście zwrócić mi zapłaconej zaliczki, bo przecież wydrukował. Nieważnie, że nie na tym, co chciałam i nie to, co chciałam. W ogóle, mógł mi nadrukować tam kopulujące króliczki albo fotki z ruskich portali społecznościowych, w sumie na to samo by wyszło. Nie chcę się tu zagłębiać w całość tego smrodu, dość powiedzieć, że okna, zamiast wyróżniać sklep na ulicy, kompletnie go zasłaniają i sprawiają, że jest ponury. A na dokładkę, ten krzywy ogór nawrzeszczał na moją mamę. Na mnie se może wrzeszczeć, nie to, że lubię, ale przynajmniej mam powód, żeby na niego też nawrzeszczeć, ale od mojej rodziny wara. Czasami żałuję, że nie umiem celnie rzucać nożami, na przykład w oczy. Powinnam pewnie też żałować, że to w naszym kraju jest nielegalne, ale jakoś bym to przeskoczyła. 


No tak se właśnie się bawię w sklep. Jak byłam mała, to uwielbiałam bawić się w sklep, nigdy wprawdzie nie miałam jakiegoś zestawu do zabawy, wzdychałam tylko do takich pięknych drewnianych straganików z drewnianymi warzywami i drewnianym mięsem, które było pokrojone i złożone w całość za pomocą magnesów, a można je było sprzedawać w częściach (!), z monetami z prawdziwego metalu w drewnianej kasie; które widziałam w niemieckich katalogach z zabawkami; ale wymyślałam sobie, że np. pracuję w papierniczym i sprzedawałam pinezki na sztuki. W tajemnicy Wam powiem, że rzeczywistość jest dużo bardziej.

środa, 18 czerwca 2014

Trzecia rano blues.

Jak widać posty można pisać, tylko po godzinie 3 w nocy. Wcześniej nie uchodzi zupełnie. Właśnie zoczyłam, że pierwszy post na moim blogu miał 4 odsłony, a drugi całe 5, więc szok i niedowierzanie, że takie tłumy walą! I - może to niepoważne jest, ale ja się cieszę z tego cholernie, bom anonimowa jak się tylko da, nikt nic o mnie nie wie, piszę sobie tak w ten Internet bez odzewu i jest pysznie. Przynajmniej na razie. Bo ja już kiedyś tak pisałam do ludzi, pisałam z odzewem niejednym i prawdę mówiąc stwierdzam, że ma delikatna kobieca psychika takich rarytasów jak forumowe shitstormy albo prywatne wycieczki skończonych buców - nie znosi dobrze. Powiedzmy oględnie. A wypisać się przecież muszę, bo mi pęknie żyłka na skroni, krew mię zaleje po brodę i w ogóle blizna będzie na ryju i będę wyglądać jak The Hound z Gry o Tron, a on nieciekawie skończył. Więc tego - se tak bazgrolę sama do siebie i się sama ze sobą chichram i gadam do siebie rączo. Oczywiście - niektórzy twierdzą, że takie atrakcje kwalifikują mnie do białego kaftanika i przytulnej sali o miękkich ścianach, ale ja uważam, że przynajmniej mogę se pogadać z kimś na poziomie, a poza tym biorę tabletki. Więc jakby co, to ja podam nr do mojej pani dochtór, która mię tymi tabletkami karmi, a ona już powie, czemu nie ma kaftanika. Jeszcze. Speaking of which - muszę się dzisiaj z nią na randkę umówić, za którą se zapłacę 100zł, a w zamian dostanę świstek na więcej tabletek. Uważam, że się opyla.

Machnęłam se paznokcie na krwistoczerwony kolorek, bo se umyśliłam, że będzie pasował do granatowej kiecki w białe groszki, zanabytej za 20 ziko na szmatach koło domu. Do tego biały kardigan, czerwony paseczek i kolczyki również rouge i proszę was, wyglądam jak przykładna żona i gospodyni domowa, lata 50 XXw., gdzieś z Missouri, kiedy tostery były wielkości lodówek i o wadze małego samochodu. I jeszcze bym se machła u stóp paznokcie też, gdybym nie miała paluszków plasterkami pozaklejanych, bo kremowe buciki, które mi to tej stylówy pasują, obcierają mnie sakramencko, kurwy jedne. Są prześliczne absolutnie i wyglądam w nich jak milijon zielonych i choć nie ukrywam, że cierpię w nich niezmiernie, to będę nosić, nawet jakbym se miała wszystkie palce okleić. Bym jebła foteczkę, ale po pierwsze primo - ni mom aparatu takiego, co by mnie uchwycił w pełnej krasie i pięknie mym całościowym, a po drugie primo - mija się to trochę z moim założeniem ultraanonimowości. W sumie mogę wrzucić fotkę z urżniętym łbem, choć koafiurę też se wymyśliłam piękną i rozterki mną takie właśnie egzystencjalne targają. Tak ubrana prześlicznie powędruję do pani dentystki, która musi mi obejrzeć jamę gębową dokładnie, bo coś mi chyba z pyska ostatnio wypadło i mam obrzydliwe przypuszczenie, że to była plomba, bo mam jakiś taki uszczerbek w zębie, o który sobie kaleczę język, bo ciągle to muszę macać tym językiem, oczywiście. Przy czem powinnam też se wyrwać ósemkę moją ostatnią i do cna już zgłupieć, bo w związku z rozpoczęciem pracy w lipcu nie będę miała potem czasu na takie przyjemności jak operacyjne usuwanie zębów mądrości, nieprawdaż. Podejrzewam, że pani dentystka, które se właśnie założyła nowy gabinet, będzie miała ceny takie mniej-więcej ojapierdolęczyichpoebao, ale raz się żyje i zęby ma się jedne.

Z nowości - się podobno okazuje, że naukowcy odkryli, że koty faktycznie rozumieją, co się do nich mówi, ale decydują się to ignorować. No jestę naukowcę normalnie, szkoda, że sama wcześniej tego nie opublikowałam, Nobel murowany, a potem szmal, dziwki i koks. Ja to się jednak nie umiem w życiu ustawić wcale, nic a nic. Dziewictwo też oddałam za darmo, z tzw. miłości, zamiast się sprzedać za gruby szmal i nie głodować na studiach w Krakowie, ale żyć jak pączek w maśle w takim np. Paryżu albo innym Lądynie. No młode i głupie, normalnie. A propos kotów - odkryłam także, że kiedy się memu cudownemu zwierzu postawi miskę z żarciem nie na przeznaczonej do tego ślicznej tacce na podłodze, tylko na np. schodach, parapecie czy w zlewie, to futrzak żre jakby mu za to płacili, choćby nie chciał nawet wąchać, jak stało w normalnym miejscu. Wyszło mi, że chyba mu się popierniczyło i myśli, że se upolował. Anyway - żre, więc ja nie mam pytań. Chociaż nie, w sumie jedno mam - dlaczego producent trawki szybkorosnącej dla kotów myśli, że to jest dobry pomysł, żeby to coś, na czym rośnie zielone, taka mieszanka trocin i filtrów od papierosów, waliło jak  dwutygodniowy nieboszczyk w klimacie karaibskim, hę...? Jezu, nie wiedziałam, co tak jebie w pokoju, podejrzewałam, że mi pod biblioteczką zdechło zwierzę wielkości konia co najmniej, a to ta skrzyneczka plastikowa niepozorna tak daje, że jakby jednak ten koń pod biblioteczką leżał, to aż by wziął zmartwychwstał, tylko po to, żeby uciec na swych kopytkach jak najdalej od tego smrodu. Wyniosłam na strych, niech tam śmierdzi. Teraz noszę kota na górę, żeby go nakarmić trawką, od której on dostaje głupawki, jak faceci przy cyckach. No jest pięknie jednak.

Jutro mam maraton po lekarzach, chwała bogom, że akurat wiem w co się ubrać i będę piękna, choć oplastrowana i cierpiąca. Po przeczytaniu artykułu w WO nt. Sary, podjęłam wiekopomna decyzję, że nie będę umartwiać się bardziej niż to potrzebne i postanowiłam polubić swoje ciało, ze wszystkimi wałeczkami, pryszczami, włosami, co się nie chcą układać i paznokciami, co się łamią. Challenge accepted, chociaż niekoniecznie wierzę, że mię się taki humor utrzyma na długo, ale zamierzam próbować. No bo, do cholery, skoro ona może taka piękna się czuć i błyszczeć, kiedy jeździ na wózku, to jest wstyd i poruta, że ja robię jakieś chryje i panikuję, kiedy mi troszkę brzuch widać w jakiejś kiecce obcisłej. No kurwa, halo.

I to znowu będzie otagowane jako opiłki drobne, choć moje ostatnie postanowienie do drobnych nie należy. Tylko na razie nie mam weny jakoś na większe opiłki. Jak mi strach przed pisaniem  większych opiłkach przejdzie, to pomyślimy. A na razie howgh.